Dzień 142. Dwie deski i pilnik
- dwa grzebienie
Hanna stoi coraz bardziej na prawo i przestałem udawać, że mi to nie przeszkadza. Kubek jedzie po blacie sam, a w nocy krew schodzi mi do jednego ucha.
Przy niskiej wodzie wlazłem pod nią z łopatką. Lewa stopa podpory siedzi na czymś twardym, płycej niż na dłoń. Prawa weszła po kołnierz i dalej idzie, bo trafiła w starą koleinę po czymś, co tu kiedyś ciągnęli — muł w niej jest rzadszy i śmierdzi inaczej, siarką. Każdy przypływ ją rozmiękcza, każde odpływanie zostawia stopę o włos niżej. Nic się nie zepsuło. Po prostu grunt pracuje, a ja na nim mieszkam.
Trzeba poszerzyć stopę, bo przestawić statku nie mam za co.
Jedda wymienia deski pomostu przy rzędzie drugim, te, które lizawka obrobiła z nalotu i przy okazji z pół cala drewna. Poprosiłem o dwie z tych odłożonych. Zapytała, czy wpisać jako materiał portowy wydany.
— Wpiszcie jako złom.
— Złom się nie wydaje, złom się pali — powiedziała. — Wpiszę jako materiał z odzysku, zwrot niewymagany.
Deski są długie, ciężkie i nasiąknięte, co akurat dobrze, bo nie popłyną. Ułożyłem je na krzyż pod prawą stopą, podbiłem klinami z resztek i przybiłem do mułu czterema kołkami, które wziąłem z tego samego stosu. Przy tutejszym ciążeniu każde uderzenie młotkiem wraca w bark. Skończyłem, kiedy woda była już przy drabinie.
Hrel siedział wyżej, na palu, z lizawką. Lizawka pracuje głową, od dołu do góry, i słychać to z dziesięciu kroków — jak ktoś skrobie garnek.
— Dopisali jej dziś ćwiartkę — powiedział Hrel. — Do mojej książki.
— A jej co z tego?
— Nic. Ona nie bierze. Je nalot.
— To po co jej płacą?
— Bo rubryka jest. — Podniósł rękę i pokazał mi dwa palce, co u niego znaczy, że sprawa jest głupia, ale stoi. — Ja mam z tego ćwiartkę i wyrzuty sumienia.
Woda wróciła o zmierzchu. Siedziałem z kubkiem i patrzyłem na poziomicę przyklejoną do grodzi. Pęcherzyk został, gdzie był. Jutro się okaże.
Wieczorem wyjąłem wreszcie ten rozbity płat poszycia i obrysowany ołówkiem profil krzywki dla Telnu. Pilnik, imadło, światło nisko. Zszedłem do linii na jakieś dwie trzecie i rękę mam z tego sztywną. Opiłki zbierałem na kartkę, bo przy tej podłodze wszystko i tak spływa w prawy kąt.