Dzień 141. Smar szedł w dół
- dzwig nyst
Woda zeszła przed świtem i muł parował. Schodzi się po drabinie z pala, ostatni szczebel zawsze jest śliski, i człowiek staje po kostki w czymś, co trzyma but mocniej, niż chce. Przy tutejszym ciążeniu wyciąganie nogi z mułu to osobna robota. W krzyżu miałem to przez cały dzień.
Zmierzyłem podstawę sznurkiem i klinem, tak jak zapowiedziałem, i miałem rację: lewa noga bramy siedzi niżej, muł pod nią wygnieciony, a podlewka pęknięta skosem od kotwy. Rację miałem i nic mi z niej nie przyszło. Pęknięcie jest stare, zarosło solą do pełna, a brama stoi w tym samym przechyle od tylu lat, że szyny się do niej dopasowały. A przede wszystkim — hamulec jedzie razem z bramą. Można ją przechylić, położyć na boku, zatopić, i szczęka będzie stała do bębna dokładnie tak samo. Siedziałem w mule kwadrans i mówiłem sobie to na głos.
Potem wlazłem na górę i zdjąłem pokrywę zacisku, czego powinienem był spróbować przedwczoraj.
Dolna połowa okładziny była ciemna, gładka i tłusta w dotyku. Górna szara i matowa, jak powinna. Nad osią dźwigni siedzi smarowniczka, ktoś ją sumiennie obsługuje od lat, i nadmiar schodzi dokładnie tam, gdzie schodzi wszystko: w dół. Dolna połowa nasiąkła, przestała trzymać, zaczęła się ślizgać i starła się o te grubość paznokcia, którą zmierzyłem. Nie krzywa podstawa. Troskliwość.
Okładzinę odkręciłem i przykręciłem odwróconą — starym dołem do góry. Smarowniczkę przełożyłem pod oś, w gwint od spodu, bo tam akurat był otwór zaślepiony korkiem. Nasączoną połowę wymyłem rozpuszczalnikiem, którego mam na dnie.
Jedda przyszła z książką.
— Materiał.
— Żaden.
— Rubryka musi być wypełniona.
— To niech pani wpisze: żaden.
— „Żaden” to nie jest materiał — powiedziała. — Wpiszę „smar, ilość ujemna”, bo zdjął pan więcej, niż pan dołożył.
Nie protestowałem.
Na próbę zaczepili skrzynię z wraku, który przy niskiej wodzie wystaje z mielizny za rzędem czwartym i o który podobno toczy się sprawa. Skrzynia poszła w górę, stanęła i stała. Chłopak spod daszka liczył na głos do dwustu, bo tyle ustaliliśmy. Doszedł do stu sześćdziesięciu, kiedy od strony wraku przybiegł człowiek w przemoczonych spodniach i zaczął krzyczeć, że to jego skrzynia i żeby ją natychmiast odstawić tam, gdzie była.
— Dokładnie tam? — zapytała Jedda.
— Co do cala.
— To ma pan szczęście, że dziś akurat trzyma.