Dzień 133. Cztery zwoje koca
- pulm pompa
Kolano ssawne zdjąłem rano. W środku biała skorupa, ta sama, co obrasta rury na zewnątrz, tylko twardsza i narosła od dołu w półksiężyc. Przekrój zostało jej może na dwa palce. Wirnik bije w to, co dostanie, a dostaje mało. Skuwanie zostawiłem na jutro, bo przy lampie owiniętej szmatą i jednej sprawnej ręce zbijanie soli w rurze idzie tak, że lepiej tego nie zaczynać po południu.
Wróciłem do Hanny po taśmę i wtedy przy płozie stała Ilt — ta od pierwszego dnia, z twarzą gładką jak spód talerza. Z nią czworo małych.
— Pan obiecał czwarty nasyp.
— Nie obiecałem.
Położyła mi dłoń na wierzchu ręki i trzymała dłużej, niż potrzeba, żeby się przywitać. Potem powiedziała małym coś krótkiego, a oni odeszli trzy kroki i czekali.
— Ta sama ręka. Zgrubienia tu, tu i przy kciuku. Tamten był cieplejszy i miał pierścień, ale ręka ta sama.
— Byli tu przede mną jacyś serwisanci?
— Jacyś. Przyszli, zrobili szybko, poszli. Powiedzieli, że następnym razem czwarty nasyp przestanie krzyczeć.
Poszedłem zobaczyć czwarty nasyp. Ścieżka między nim a studnią biegnie tak, że gorąca rura z solanką idzie na wysokości mojego pasa, czyli na wysokości ich twarzy, i to dokładnie w miejscu, gdzie trzeba się rozminąć. Mali chodzą tamtędy po wodę. Przyłożyłem dłoń z pół metra i poczułem ją bez dotykania.
Izolacji nie mam. Mam stary koc z resztek wykładziny przegrody w ładowni, dwie szpule taśmy i pół tuby smaru, który do niczego się tu nie przydał. Zdjąłem koc, pociąłem na pasy i owinąłem rurę w cztery zwoje na odcinku ścieżki, wiążąc co dłoń, bo przy lewej ręce inaczej mi się to nie trzymało. Zeszło pół wieczoru. Nie kosztowało mnie nic, czego bym potrzebował.
Ilt przeszła ścieżką tam i z powrotem, raz blisko, raz bliżej. Potem puścili małych. Jeden przeszedł z rękami przy bokach, zatrzymał się w połowie i wrócił, żeby przejść jeszcze raz.
— Teraz szepcze — powiedział z pretensją, jakby i to było za dużo.
Zapytałem Ilt, czy tamci obiecali coś jeszcze.
Zastanowiła się uczciwie.
— Że wrócą.
— Tego nie zrobię.
Przyjęła to spokojnie i zapytała, czy wobec tego mogę obiecać coś innego, żeby się zgadzało. Powiedziałem, że jutro będzie więcej ciśnienia w studni. Położyła mi rękę na przedramieniu i zaraz zdjęła, jakby sprawdziła temperaturę pod zdartym rękawem i uznała, że starczy.