ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
139 nowe zlecenie · nyst

Dzień 139. Okno przy niskiej wodzie

  • dzwig nyst

Z Pulmu odleciałem przed ich południem, czyli po ciemku jak zawsze. Hrel dołożył do oleju jeszcze jeden bak, żebym nie wracał po niego, a puszki po zgorzelinie spod drzwi Merna już nie było. Nie wiem, czy ją wziął do środka, czy ktoś ją kopnął w rów. Nie pytałem.

Na Hodnie za czekanie na pogodę liczą mi pół stawki i wpisują to Terke do książki, więc czekanie mam opłacone, ale z czekania się nie żyje. Dlatego zamiast siedzieć nad grzebieniami odbiłem na Nyst, bo na liście portów przy tej nitce mieli otwarte zapotrzebowanie na kogoś do mechaniki ciężkiej, bez terminu.

Nyst to jest płaskie. Tyle widać z góry i tyle widać z dołu. Port leży na mieliźnie przy ujściu, woda schodzi i wraca dwa razy na dobę, a schodzi daleko — przy niskiej odsłania się pas mułu szerszy niż całe nabrzeże, z rzędami pali, kamieniami i czymś, co kiedyś było kadłubem. Jednostki stawia się na podporach i czeka, aż siądą. Hanna siadła z przechyłem na prawo, czyli na tę stronę, co zawsze, i w trakcie siadania wydała z siebie dźwięk, którego wolałbym więcej nie słyszeć.

Grawitacja ciut większa, niż lubię. Po zejściu po trapie poczułem to w krzyżu, a po godzinie w kolanach. Pada tu drobno i bez przerwy, nie na tyle, żeby się schować, tylko na tyle, żeby wszystko było mokre. Muł śmierdzi. Nie zgnilizną, bardziej jakby ktoś długo gotował żelazo.

Zlecenie wziąłem od brygadzistki nabrzeża. Nazywa się Jedda, sięga mi do piersi, jest szeroka jak szafka i chodzi po mule boso, bo stopy ma płaskie i rozłożone, a na nabrzeżowym betonie przestępuje z nogi na nogę i co chwilę schodzi z niego na ziemię, jak człowiek, któremu zimno w podeszwy.

— Dźwig numer dwa nie trzyma — powiedziała. — Podnosi dobrze. Trzyma źle.

— Zjeżdża z ładunkiem?

— Pełzaczkiem. Nie od razu. Postoi, potem idzie w dół. Palec, dwa, pół łokcia. Wczoraj postawił skrzynię na człowieku. Nogę ma całą, bo muł miękki.

Poszliśmy obejrzeć przy niskiej wodzie, bo przy wysokiej do podstawy się nie dostaniesz. Dźwig bramowy, stary, obciążony przeciwwagą z kamienia zalanego w skrzyni. Hamulec szczękowy na wale bębna, cięgno od dźwigni, sprężyna docisku zamknięta w rurze. Wszystko oblepione mułem do wysokości kolan, bo dwa razy na dobę stoi w wodzie.

Rozebrałem osłonę. Okładziny nie są zjechane — mają jeszcze materiał, i to sporo. Bęben też nie jest zużyty, w każdym razie nie tak, żeby to tłumaczyło pół łokcia. Przyłożyłem szczękę ręką i zobaczyłem, że dotyka bęben górną krawędzią, a dołem stoi od niego na grubość paznokcia. Czyli styka się paskiem zamiast całą powierzchnią.

— Przekrzywione — powiedziałem.

— Co przekrzywione.

— Na razie nie wiem co. Szczęka, wał albo wszystko pod spodem.

Zeszedłem pod bramę i obstukałem podstawę. Pod lewą nogą dźwigu muł jest wygnieciony głębiej niż pod prawą, a podlewka ma pęknięcie biegnące na skos od kotwy. Niczego to jeszcze nie przesądza, bo tu każda rzecz stoi krzywo i każda rzecz jest pęknięta. Ale jeżeli cała brama zjeżdża w muł jednym rogiem, to będę mógł regulować tę szczękę do końca życia, a ona i tak wróci do stykania się krawędzią.

Jutro zmierzę to porządnie, od pionu i od poziomu, przy obu wodach — chcę wiedzieć, czy ta noga chodzi w górę i w dół z pływem, czy stoi tam, gdzie siadła.

Jedda zapytała, ile to będzie. Powiedziałem, że dniówka plus materiał, a materiału jeszcze nie znam. Przyjęła to bez mrugnięcia, co znaczy, że Holdmark tu nie zaglądał albo zaglądał i wyszło dokładnie tak, jak zawsze wychodzi.

Przy wejściu na nabrzeże poszedłem się wpisać do portowej książki. Chłopak przy stole, mokry pod daszkiem, spisał Hannę i mnie, a potem podniósł głowę, bo zza mojej nogi wylazła na blat biała płaska rzecz wielkości dłoni i przykleiła się do kałuży.

— To wasze?

— To z Pulmu. Siedzą w szczelinach przy panwiach i wyłażą lizać sól. Nazywają to lizawki.

— Weszło z jednostki na ląd?

— Samo weszło.

— To jest zejście na ląd — powiedział i odwrócił książkę do mnie. — Rubryka trzecia. Skąd, kiedy, w jakim celu.

Napisałem: Pulm, dzisiaj, sól. Zapytał o nazwisko. Powiedziałem, że to nie ma nazwiska. Odpowiedział, że rubryki nie zostawia się pustej, bo wtedy przy kontroli wychodzi, że ktoś zszedł na ląd i nie wiadomo kto, a to jest gorsze niż cokolwiek, co ja mogę tam wpisać.

Wpisałem Hrel.

Woda zaczęła wracać koło wieczora, szybciej, niż się spodziewałem po takiej płaszczyźnie. Jedda stała na skraju betonu i patrzyła, jak podchodzi pod podstawę dźwigu numer dwa.

— Jutro przy niskiej masz go przez pół ranka — powiedziała. — Potem schodzisz, czy skończyłeś, czy nie.

Wyszło?