Dzień 98. Jednostka w dół, trzy w górę
- dlug z varnu
- hol frachtowca ambrat
Obudziłem się z bólem głowy nad brwiami, co u mnie zawsze znaczy jedno. Czujnik w kabinie pokazywał dużo, pochłaniacz chodził, a wkład po wyjęciu był ciepły i miał ten słodkawy zapach, jaki mają wkłady, które już nic nie biorą. Wypukałem go o nadbudówkę, bo czasem pomaga na pół dnia. Tym razem nie pomogło.
Poszedłem do dyspozytorki. Powiedziała, że wyciąg na stacji jest jeden na rząd i przełączają go rzędami po kolei, a mój rząd ma po południu.
— A dlaczego u mnie gorzej niż u sąsiadów?
— Bo pan stoi przy barce. Ona grzeje.
Otworzyłem więc właz na dwie godziny i siedziałem w kurtce. Powietrze ze stacji jest zimne i pachnie smarem do lin, ale jest powietrzem.
Łącze z Ambratem stoi otwarte od wczoraj, bo rozłączyć to drugie zestawienie, a drugie to druga opłata. Przez cały ranek leciała z niego hala: wciągarka, zapadka, i tamten głos z boku. Przygotowałem w tym czasie pisma do Varnu. Czterdzieści, jedno w jedno, bo skoro przy każdym piśmie kwota schodzi o jedną, a boja liczy od tego, jak bardzo treść da się ścisnąć, to czterdzieści identycznych pism idzie prawie za darmo. Sprawdziłem na boi wstępnie. Wyszło tyle co nic.
Potem odezwałem się do Vulsa, żeby zapytać, czy pasek spod wrót wrócił o tej samej porze.
— Wrócił. Ale krócej. — Chwila ciszy, bo łącze idzie z opóźnieniem. — Panie Gripe, przyszła kartka z urzędu.
— Do mnie?
— Do mnie. Że jak przyjdzie następna przesyłka na ten rejestr, to jest osobna rzecz i osobny wpis. Trzy jednostki. Tak jak koperta.
— A jak przyjdzie czterdzieści?
— To czterdzieści wpisów.
Policzyłem to przy blacie, choć nie było czego liczyć. Jednostka w dół na rachunku, trzy w górę u trzymacza. Przy czterdziestu pismach zbiłbym dług o czterdzieści i zapłacił sto dwadzieścia za to, że ktoś je potrzyma.
Skasowałem trzydzieści dziewięć. Zostawiłem jedno, bo chcę wiedzieć, co stało pod zagięciem w czwartym wierszu, a jedyny sposób, żeby się dowiedzieć, to zmusić ich do powtórzenia.
Po południu przełączyli wyciąg na mój rząd i w kabinie dało się znowu siedzieć bez kurtki. Wkładu zapasowego nie mam; wypukany pójdzie jeszcze dzień, może dwa, a potem będę spał przy otwartym włazie.
— To ja mam się kłaść codziennie o tej porze? — zapytał Vuls na koniec.
— Tylko jak przyjdzie koperta.
— Będę się kładł tak czy tak. Słońce i tak idzie, a ja i tak stoję.