Dzień 97. Przez szczelinę pod wrotami
- dlug z varnu
- hol frachtowca ambrat
Płozy wygrzałem, z Ohry zszedłem bez kłopotu, a potem i tak stanąłem w kolejce, bo prosta droga od Byszu jest dalej zamknięta i wszyscy jadą tym samym objazdem. Stacja przeładunkowa na objazdzie jest stara, ciasna i cumuje się tu w dwóch rzędach, bok w bok. Z prawej miałem barkę z czymś, co cieknie na zimno, więc przez pół doby słuchałem, jak jej kapie na nasze poszycie. Jedzenie w kantynie podają w dwóch wersjach, ciepłej i tej samej.
Przyleciałem tu dla łącza. Na Ohrze nie ma nic poza tabliczką, a ja mam niezałatwioną kopertę na Ambracie.
Łącze jest jedno i jest kolejka. Dyspozytorka wydaje okna i liczy nie od czasu, a od zestawienia.
— Jedno zestawienie, jedna opłata — powiedziała. — Proszę tylko nie rozłączać, bo drugie będzie drugie.
Zapytałem, czy rozumiem dobrze, że mogę trzymać połączenie do końca postoju.
— Do końca postoju albo do awarii — powiedziała i wróciła do swojego.
Zestawiłem się z halą na Ambracie i poprosiłem do radia mojego trzymacza. Nazywa się Vuls, wynajęty z urzędu, dziewięć jednostek z góry, i od tamtej pory stoi w hali z liną w dolnym rzędzie palców. W oplocie tej liny wisi już żeton od zarządcy, kartka, a od kilku dni zapieczętowana koperta z Varnu, doręczona skutecznie, mimo że mnie tam nie ma.
Otworzyć jej nie wolno. To znaczy wolno, ale wtedy robią się z niej dwie rzeczy, koperta i zawartość, każda do osobnego wpisu po trzy jednostki, a zawartość wchodzi do rejestru ze stażem zerowym, czyli jako rzecz wątpliwa. Kosztowna przyjemność, a wątpliwych rzeczy mam dość.
— Panie Vuls, jaka tam jest lampa.
— Pod sufitem.
— A dosięgnie pan?
Chwila ciszy, bo łącze idzie z opóźnieniem i słychać w nim halę.
— Nie. Lina krótka.
— A światło inne jest jakieś?
— Spod wrót jest pasek.
Kazałem mu położyć się na podłodze, przyłożyć kopertę do paska światła spod wrót i obłożyć ją z boków dłonią, żeby nic nie świeciło obok. Papier Varnu jest cienki i drukują mocno, zawsze tak drukowali, od pierwszego pisma. Przez prześwit druk widać — tylko odwrotnie, bo się patrzy od tyłu.
— Widzę znaki — powiedział.
— Czyta pan po naszemu?
— Nie.
— To proszę opisywać kształty.
Tak zrobiliśmy. Ja z ołówkiem przy blacie, on na brzuchu przy wrotach, w hali, w której jednocześnie trwa hol frachtowca i wciągarka chodzi na okrągło.
— Pierwszy wiersz. Kreska stojąca. Potem koło. Potem kreska z ogonem w dół. Potem dwie kreski obok siebie.
Rysowałem lustrzanie i obracałem. Z pierwszego wiersza wyszedł numer sprawy, ten sam co zawsze, i jedno nowe oznaczenie na końcu, którego nie znam.
— Drugi wiersz to same liczby — powiedział. — Siedem. Albo dwa. Tu jest zagięcie.
— Proszę nie wygładzać.
— Nie wygładzam, bo zagięcie jest starsze ode mnie w tej sprawie.
Liczby z drugiego wiersza złożyły się w kwotę, którą znam na pamięć, bo przychodzi od lat i rośnie. Trzeci wiersz był krótszy i Vuls go najpierw przeoczył, bo wszedł na linię zagięcia.
— Trzeci. Ta sama liczba, tylko ostatni znak inny.
— Mniejszy?
— O jeden mniejszy. Jak u pana się liczy w górę, to mniejszy.
Siedziałem nad tym chwilę. Dawno zapytałem Varnu, czy obniżka o jedną jednostkę jest jednorazowa, i od tamtego dnia Varnu nie odpowiedziało ani słowem. Odpowiedź leżała w oplocie liny na Ambracie, w papierze, którego nie opłaca się otworzyć, i przeczytał mi ją przez szczelinę pod wrotami człowiek, który nie rozumie żadnego z tych znaków.
Nie jest jednorazowa. Przy każdym piśmie schodzi o jedną.
Czwarty wiersz był pod zagięciem i nie dał się odczytać w żadnym świetle. Vuls próbował jeszcze przez pół godziny, przesuwał kopertę po pasku, obracał, kładł się z drugiej strony. Potem powiedział, że pasek zszedł, bo na Ambracie słońce idzie nisko i szybko.
— Dziękuję panu.
— Panie Gripe. A to się liczy?
— Co się liczy?
— Czytanie. Do stażu.
Powiedziałem, że nie wiem, bo nie znam ich rejestru aż tak.
— To wpiszę jako trzymanie — powiedział. — Trzymałem przecież cały czas.
Łącza nie rozłączyłem, bo drugie byłoby drugie. Stoi otwarte od wieczora i leci z niego hala: wciągarka na biegu, raz po raz zapadka, i czyjś głos, który zawodzi gdzieś z boku, równo, jakby mu za to płacili od godziny.