Dzień 91. Żeby pył siadał
- netla lyki
Nie wystartowałem, bo rano przyszła Onda z wykazem wywozu w ręce i zapytała, czy w tym wykazie mam szczypce.
Mam. Pozycja siódma, narzędzia ręczne, wwiezione i wywożone w tej samej liczbie.
— To pana poproszę na spód.
Spód to podłoga szybu, czyli wielka betonowa misa, w którą wchodzi taśma kabin i z której idzie w górę cały ruch powietrza. Na Byszu chodzi się wolno i siada często; po stu krokach bok mi przypomniał o sobie, a po dwustu przestałem udawać, że nie kuleję. Pyłu było po kostki i wisiał też w powietrzu, czerwony, suchy, taki, co wchodzi w zęby.
Czekał tam brygadzista spodu, Welk, w chustce na twarzy.
— Od sześciu dni nie siada — powiedział. — Normalnie siada.
Pokazał mi kolumnę zraszaczy przy wlocie: rura w górę, osiemnaście dysz, woda z dołu. Od tego wszystkiego ma być mgła, mgła ma wisieć w ciągu, pył ma się jej czepiać i spadać. Pompa chodziła, woda leciała. Leciała jednak strugami, które waliły prosto w beton i wsiąkały w pył, robiąc z niego błoto w jednym pasku szerokim na dłoń.
Odkręciłem jedną dyszę i obejrzałem pod światło. Otwór wypalony na okrągło, wkładka wirowa wyjęta.
— Kto to robił?
— Serwis z zewnątrz. Przed czterema przeciwwagami. Byli pół dnia.
Nie zapytałem jak się nazywali, bo po co.
Dyszę zacisnąłem lekko szczypcami, nie na płasko, tylko tak, żeby otwór zrobił się szczeliną, i wkręciłem z powrotem. Z jednej dyszy poszła mgła i stanęła. Po chwili na trzech metrach spodu pył zaczął schodzić — nie opadać, tylko schodzić, jak zasłona, która się zsuwa. Welk wszedł w ten pas i stał w nim, patrząc w górę, i nic nie mówił.
Zostało siedemnaście dysz, a zaciskać je trzeba równo, bo jak jedna da więcej od reszty, to w tym miejscu zrobi się błoto i nic poza tym. Robota na dwa dni, bez części, i to jest pierwsza rzecz od dawna, która nie potrzebuje ode mnie niczego poza rękami.
Zapłata: Welk nie ma gotówki, ma przydział z magazynu. Wyszło pięć płytek.
— Z magazynu materiałów obcych — powiedziała Onda. — Na półce za maszyną. Akurat tyle tam leży.
Zapytałem, czy przy wywozie znowu policzy mi cło.
Zastanowiła się uczciwie, dłużej niż wczoraj.
— Nie. Przyjechały jako obce i wyjadą jako obce. Nic się z nimi nie stało.
Rury na Hannie stoją spakowane i mogą postać. Wieczorem umyłem szczypce, bo w tym pyle wszystko chodzi ciasno.