Dzień 90. Cło od dwudziestu płytek
- spor kolumny wymiennikowe
- netla lyki
Zjazd z głowicy zajął dwa przejścia przeciwwagi i cały ten czas siedziałem w koszu z pakunkiem na kolanach. Dwadzieścia płytek przełożonych szmatami, żeby nie tarły o siebie, u dołu te najstarsze, twarde, bo z nich chcę robić kołnierze do kolumn drugiej i czwartej — tam ciśnienie skacze najwyżej. Kosz idzie równo, tylko przy stykach taśmy podskakuje i wtedy pył podnosi się z podłogi i siada człowiekowi na twarzy. Czerwony. Na dole wydmuchałem go z nosa i pobrudziłem chustkę, na której ślad wygląda jak po krwi.
Rury stały od trzech dni na kozłach przy podstawie, dokładnie tam, gdzie je zostawili, przykryte plandeką, która zsunęła się z dwóch pierwszych. Te dwie miały w środku po garści pyłu, więc odwróciłem je i wytrzepałem, a potem zabiłem wszystkie końce zatyczkami z korka. Pyłu w kolumnie wymiennikowej na Netli nikt mi nie podziękuje.
Ładowałem sam, po dwie rury, po prowadnicy przez próg. Nie są ciężkie, tylko długie i bezczelne: jedna zawsze chce się obrócić w połowie i uderzyć końcem w kant włazu. Na kliny poszły drewniane podkłady, dwa pasy na pakiet, trzeci na krzyż, i przy trzecim pasie rozbolał mnie lewy bok, ten sam co od rowu. Lewej dłoni nadal nie zgina do końca, więc klamry zaciskałem prawą, a lewą tylko przytrzymywałem pas, żeby nie skakał.
Kiedy dowiązywałem ostatni, przyszła kobieta z wydziału ruchu i ładunków, z tabliczką i wagą na pasku. Przedstawiła się jako Onda i poprosiła o wykaz wywozu.
Rury pokazałem od razu: kupione, zapłacone, wpisane przez magazyn.
— A to? — Pokazała na pakunek ze szmatami, który stał jeszcze na trapie.
— Kołnierze.
— Przywiezione czy zrobione?
— Zrobione na górze.
Odłożyła tabliczkę i zaczęła rozwijać szmaty, płytka po płytce, powoli, jakby liczyła jajka. Powiedziała, że wyrób z głowicy idzie inną pozycją niż wyrób z dołu, bo głowica jest przykręcona do przeciwwagi, ale nie wszystko w niej jest przykręcone.
Zapytała, co to za maszyna, która te płytki wykonała.
Powiedziałem prawdę: że stoi na dolnym pomoście przy wejściu taśmy w rurę, że nie jest przykręcona ani spawana, że stoi po prostu na blachach i klaszcze raz na przejście, i że nikt na górze nie wie, skąd się wzięła.
Onda wysłała pytanie do swojego biura i czekaliśmy, aż dokręciłem klamrę trzeciego pasa i pozbierałem ścinki plandeki, a ona stała nad płytkami i nie pozwoliła mi ich zawinąć.
Odpowiedź przyszła taka: urządzenie niezamocowane do konstrukcji nie jest częścią zakładu, więc wyrób z niego jest wyrobem obcego pochodzenia, a pył, z którego powstał, był byszowski i pojechał na górę jako surowiec krajowy.
— Czyli — powiedziała — pył wyjechał, a płytki przyjechały. Dwie różne rzeczy w dwóch kierunkach. Od jednej z nich należy się opłata.
— Od której?
— Od tej, która przyjeżdża.
Powiedziałem, że przyjeżdża dokładnie ten sam pył, tylko sprasowany, i że za chwilę wywiozę go z Byszu do trzeciego układu, więc nikomu tu nie ubędzie ani nie przybędzie.
— Nam nie ubywa i nie przybywa — zgodziła się. — Nam się należy.
Taryfa jest od masy. Zważyła pakunek dwa razy, raz ze szmatami i raz bez, wzięła tę drugą liczbę, pomnożyła przez coś, czego nie pokazała, i wyszła kwota, której nie mam w miejscowych środkach, bo w miejscowych środkach nie mam nic. Wtedy przeliczyła to na sztuki po kursie wyrobu i wyszły jej cztery i jeszcze trochę.
— Cztery i ćwierć — powiedziała.
— To niech będzie cztery, a ćwierć dopiszę, jak wrócę.
— Ćwierci nie przyjmujemy. Przecięta płytka nie jest wyrobem, tylko obcym urywkiem, a obcego urywku nie wolno mi wpisać do żadnej kolumny. W górę, do pięciu.
Oddałem pięć. Wzięła je z wierchu, czyli te najświeższe, najmiększe, i to była jedyna rzecz w tym wszystkim, która mi się spodobała — bo twarde zostały u mnie.
Zapytałem, co z nimi zrobi.
— Pójdą do magazynu materiałów obcych.
— A gdzie jest magazyn materiałów obcych?
— Na górze. Na dolnym pomoście, za maszyną od płytek. Tam jest półka.
Stałem z tym chwilę.
— Czyli pojadą taśmą w górę i staną dwa kroki od tego, co je zrobiło.
— Za płytą, oddzielnie — powiedziała Onda i wpisała mi wywóz piętnastu sztuk, a przy pięciu postawiła znaczek, że opłata pobrana w naturze.
Piętnaście. Dwanaście na kolumny, trzy zostaje.
Przed startem ułożyłem je pod ławką w kabinie, na sztorc, wciśnięte między skrzynkę i grodź, żeby nie chodziły. Na rampie obok kosz wchodził właśnie w taśmę i szedł do góry. Pierwsze kilka metrów widać go dobrze, potem wchodzi w pył i tylko po dźwięku poznać, że jeszcze jedzie.