ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
080 cisza · tarn

Dzień 80. Elektrody, rękaw i miska

  • netla lyki

Cały dzień przy Hannie, bez nikogo nad karkiem, i to był dobry dzień.

Zacząłem od czujnika cieczy na progu ładowni, bo to on trzy dni temu trzymał mi drzwi grodziowe zamknięte, a potem sam z siebie je puścił. Rozkręciłem obudowę i wszystko było widać od razu. Dwie elektrody, między nimi mostek z tego, co zostało po odparowanej gęstwie: biały nalot, twardy, gruby na paznokieć. Póki był wilgotny, czujnik uważał, że stoję po kostki w cieczy. Jak wysechł, przestał. Zeskrobałem to wkrętakiem, doczyściłem szmatką, sprawdziłem kubkiem wody — zadziałało, jak trzeba, i odpuściło po wytarciu. Osad zsypałem na blat, bo wygląda jak sól i nie wiem jeszcze, czy to sól.

Potem rękaw. Prawy, zdarty od tamtego upadku na kamienie, poszedł od łokcia w dół na dwie dłonie. Przedramię pod spodem goi się nierówno, strup ciągnie przy zginaniu i przy prostowaniu nie ciągnie, co jest wbrew rozsądkowi, ale tak jest. Zastanawiałem się chwilę, czy nie użyć nici z pałąka, bo mocna i mam jej trochę. Nie użyłem. Ona zwinięta umiera, a rękaw się zwija za każdym razem, kiedy podnoszę rękę. Zszyłem zwykłą nicią z apteczki, dwa razy, drugi raz bo pierwszy szew poszedł krzywo i za rzadko. Od środka nakleiłem taśmę. Wygląda źle. Trzyma.

Przy okazji przejrzałem, co mam. Smaru dużo, więcej niż czegokolwiek innego. Złącza niesortowane, znowu niesortowane, bo trzymałem nimi śruby nadajnika i wsypałem z powrotem, jak leciało. Rozpuszczalnika nie mam wcale, oddałem cały za pałąki. Ogniw grzewczych nie mam. Dwa kanistry gęstwy stoją przypięte pasem przy przegrodzie, tam gdzie najzimniej, i za oddech z nich nikt mi nic nie liczy — już czwarty dzień i wciąż mi się to przypomina samo, kiedy na nie patrzę.

W południe Wilbek przyniósł miskę czegoś gorącego, co tu gotują na rurze od skraplarni. Słone, gęste, bez żadnego smaku poza słonym, z pyłem na wierzchu, bo tu wszystko ma pył na wierzchu. Zjadłem całe i drugi raz bym nie chciał, ale było gorące, a ja nie jadłem nic ciepłego od Netli.

— Kiedy pan leci — zapytał, zbierając miskę.

— Jutro. Jak klej zwiąże.

Pokiwał głową i poszedł. Wieczorem siedziałem w otwartej ładowni i patrzyłem, jak nad grzbietem stoi Netla, duża i mokra, z tym swoim szarym lustrem w rowach. Stąd nie widać żadnej kreski.

Wyszło?