Dzień 78. Krańcówka z drzwi kabiny
- tarn zasuwa naprawa
- netla lyki
Zasuwę zrobiłem przed pierwszym uderzeniem katapulty, znaczy przed śniadaniem.
Osłonę wałka wyciąłem z blachy od starej obudowy i wygiąłem tak, żeby szron siadał na niej, nie na krawędzi zasuwy. Nie jest to piękne. Wygląda jak czapka. Krańcówki własnej nie mam, a na Tarnie mają jedną zapasową, z drzwi kabiny sanitarnej.
— Jak ją zdejmę, to drzwi będą się otwierać zawsze — powiedział Wilbek.
— To przecież lepiej.
— Dla kto pierwszy wejdzie.
Zdjął. Przykręciłem ją na samej zasuwie, na końcu skoku, czyli tam, gdzie powinna była być od początku, i nie na dźwigni, gdzie ją ktoś kiedyś wsadził, bo do dźwigni jest bliżej i cieplej. Sprawdziliśmy na suchym cyklu. Dźwignia szła do końca, zasuwa nie, lampka nie zapalała się i licznik czasu nie startował. Wilbek trzy razy szarpnął dźwignią, patrząc na ciemną lampkę jak na osobistą zniewagę.
— To znaczy, że ona całe lata nie dochodziła.
— Całe lata.
Zdrapaliśmy kożuch, przeszliśmy zasuwą pełny skok, lampka zapaliła się, licznik poszedł, kapsuła nabrała pełną i katapulta wypluła ją tym swoim jednym uderzeniem. Doleciała do rowu. To znaczy zniknęła za grzbietem i po dłuższej chwili przyszło z Netli potwierdzenie przyjęcia, co u nich znaczy, że ktoś usłyszał chlupnięcie.
Potem Wilbek stanął i zaczął liczyć na palcach, a jak skończył, to zbladł.
— Panie Gripe. Jeżeli licznik przez lata pisał pełne kapsuły, a szło trzy czwarte, to gdzie jest jedna czwarta.
Poszliśmy do zbiornika buforowego. Jest. Stoi w nim gęstwa wysoko nad kreską, o której nikt nie pamiętał, i w księgach jej nie ma, bo według księgi wyszła. Wilbek pukał w blachę na różnych wysokościach i słuchał.
— Tego nie ma — powiedział.
— Tego nie wydano.
— To nie to samo?
— Na Netli to jest cała różnica i oni się na tym znają lepiej od nas obu.
Naradzał się z załogą krótko i praktycznie. Wpisać tego nie można, bo trzeba by wpisać cztery lata wstecz, a wtedy wychodzi, że Tarn okłamywał Netlę codziennie przed śniadaniem. Wylać też nie można, bo ubytek trzeba wykazać. Więc napełnili mi z tego kanister na drogę i drugi na zapas, i Wilbek własnoręcznie wpisał w swoją księgę: wydano zero.
Pierwszy raz od dwunastu dni mam czym oddychać pod lustrem tak, że nikt mi tego nie liczy.
— Napiszę im, że od dzisiaj wysyłamy kapsuły pełne — powiedział Wilbek na odchodne.
— Napisz raczej, że dotąd wysyłaliście niepełne.
Stał z tym chwilę, potem wziął młotek i poszedł uderzyć w skraplarnię.