ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
076 nowe zlecenie · tarn

Dzień 76. Zrzut pada na grzbiet

  • netla lyki

Drzwi grodziowe puściły rano same, bo czujnik wysechł. Weszło się do warsztatu pierwszy raz od dwóch dni i nic w nim nie było mokre. Tyle dobrego.

Wezwanie przyszło z Tarna, czyli z tego małego, bliskiego księżyca, który tu wszyscy widzą nad grzbietem jako jasny punkt i nikt o nim nie myśli. To stamtąd leci gęstwa. Merza sama kazała mi lecieć, bo od trzech zrzutów do rowu nic nie doszło, a ona liczy wtedy stratę. Dzień odliczony od łyków, hełm swój, gęstwy na drogę nie dostałem.

Tarn jest gorący od środka. Grunt grzeje przez podeszwy nawet w skafandrze, a na zewnętrznych ścianach skraplarni leży szron, choć pod ręką blacha parzy. Wszystko jest oblepione czerwonym pyłem, który wchodzi w każdy zawias, i nikt tam z tym nie walczy, tylko co jakiś czas ktoś uderza w coś młotkiem. Co kilka minut idzie w ziemi uderzenie: to katapulta wyrzuca kapsułę.

Kierownik nazywa się Wilbek i mówi dużo, co po dziesięciu dniach na Netli brzmi prawie nieprzyzwoicie.

— Przylecieliśmy tu pracować, nie dopłacać — powiedział. — Netla nam naliczyła za trzy kapsuły.

— Za wasze własne kapsuły?

— Za ubytek z rowu. Gęstwa wyszła z Tarna, nie doszła do rowu, więc z rowu ubyło.

— Ona tam nigdy nie była.

— Mówiłem im to. Odpisali, że racja liczy się z wydania.

Poszedłem obejrzeć nie katapultę, tylko napełnianie, bo katapulta wali równo i widać po zapisie, że wali tak samo mocno za każdym razem. A kapsuły padają krótko, na grzbiet. Jeśli maszyna daje ten sam kop, a rzecz leci bliżej, to rzecz jest lżejsza.

Zasuwa napełniania stoi w miejscu, gdzie z jednej strony jest szron, a z drugiej gorąca ściana. Obraca się na wałku i przy zamykaniu zbiera na sobie kożuch. Nie dochodzi do końca otwarcia, tylko na jakieś dwie trzecie, i nikt tego nie widzi, bo wskaźnik pokazuje położenie dźwigni, a nie zasuwy. Kapsuła idzie pełna według licznika czasu i niepełna według wagi. Wagi przy napełnianiu nie mają, bo po co, skoro jest licznik.

Pokazałem Wilbekowi kożuch na krawędzi. Zeskrobał go paznokciem rękawicy i długo patrzył.

— To znaczy, że wysyłamy trzy czwarte kapsuły.

— Mniej więcej.

— I płacimy karę za jedną czwartą, której nie wysłaliśmy.

— Płacicie karę za to, że jej tam nie ma. To nie to samo i oni się na tym znają lepiej od was.

Robota jest na jutro: osłonić wałek, dołożyć krańcówkę na samej zasuwie, nie na dźwigni. Części mają swoje. Wilbek pytał, czy biorę zapłatę w gęstwie.

Powiedziałem, że tylko wtedy, jeśli celują w rów.

Wyszło?