Dzień 75. Chlupnęło przy starcie
- rast kuter sygnal
- netla lyki
Przestawiałem dziś Hannę nad sąsiedni rów, bo z tą ręką nie przejdę grzbietu pieszo, a do Rasta trzeba będzie schodzić kilka razy. Grzbiet jest niski, gęstwa w nim nie stoi, więc to nie jest lot, tylko podskok: dziób w górę, chwila nad kamieniami, dziób w dół. Nad Netlą nie ma czym lecieć. Nad Netlą jest próżnia i pył, który spada wolniej, niż człowiek zdąży się zdenerwować.
Chlupnęło przy starcie.
Stałem płozami niżej, niż myślałem, w takim wyżłobieniu przy krawędzi, i gęstwa weszła przez próg ładowni. Nie widziałem jej, bo ona wygląda jak nic — widać dopiero lustro, a w ładowni nie ma skąd padać światłu z boku. Leżało tego na dwa palce, a w rowku pod progiem pewnie więcej. Przy podniesieniu dziobu całość poszła do tyłu jednym ruchem i uderzyła w tylną grodź. Poczułem to w karku.
Potem ciężka część została z tyłu, a ja z przodu, z ogonem, który ciągnie w dół. Przez cały przeskok trzymałem korektę jedną ręką i lewym łokciem, bo lewej dłoni nie zginam. Usiadłem twardo, z przechyłem na prawo, i płoza zeszła po kamieniu z dźwiękiem, którego wolałbym więcej nie słyszeć.
Do warsztatu nie wszedłem. Gęstwa dostała się w próg drzwi grodziowych, czujnik uznał, że za nimi stoi ciecz — i miał rację — więc drzwi się zaryglowały. Siedziałem w kabinie odcięty od własnych narzędzi. Narzędzi i tak prawie nie mam, ale to nie ta sama rzecz co nie mieć do nich dostępu.
Gęstwa parowała przez otwarty właz w próżnię przez większość dnia. Widać to jako drżenie powietrza tuż nad progiem, nic więcej.
Merza przyszła wieczorem, obejrzała próg i kazała Hespowi zajrzeć do środka.
— Ile wzięło — zapytała.
— Nic nie brałem. Samo weszło.
— Weszło i wyszło. Z rowu ubyło.
Wytłumaczyłem, że nie oddychałem tym ani razu, że miałem hełm przez cały czas i że w ogóle było to po drugiej stronie zaryglowanych drzwi. Merza wysłuchała i zapisała.
— Racja liczy się z wydania — powiedziała. — Nie z oddechu. Oddech to osobna pozycja, tę masz od wczoraj.
Nie zapytałem o wysokość, bo za pytanie też naliczają.
Hesp wszedł do ładowni, położył się płasko na podłodze przy progu i zgarniał dłonią to, co zostało w rowku, do ust worka. Robił to długo, bo zostało mało. Worek odstawił cicho, bez słowa.