ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
072 przygoda · netla

Dzień 72. Garść na raz

  • rast kuter sygnal

Rano rozwinąłem bandaż z przedramienia i przyjrzałem się temu, co pod spodem. Strupy równe, poziome, jak po tarce. Boli przy zginaniu i przy prostowaniu, nie boli w połowie. Zawinąłem z powrotem i postanowiłem zejść po kątownik.

Trzeba to powiedzieć uczciwie: kątownik jest zardzewiały, krzywy i wart mniej niż jednostkę. Ale w ładowni mam pół uszczelki kołnierzowej, pudełko wymieszanych złączy, których nikt tu nie chce, i tubę smaru. Nie mam nic, czym można podważyć blachę. A kątownik leży na dnie sąsiedniego rowu, cztery kroki od włazu kutra, i wie o tym tylko jedna osoba.

Merza patrzyła, jak zwijam linkę.

— Po co.

— Po żelazo.

— Ile żelaza.

Pokazałem dłonią długość. Skrzywiła worek pod żebrami, co u niej znaczy mniej więcej tyle, że wydatek jest nieproporcjonalny, ale nie jej.

— Doliczę ci za tę rozmowę czternaście.

— Doliczysz.

Hesp stał obok z tabliczką. Napisał: GŁĘBOKO. Starł. Napisał: CIĘŻKI. Starł. Wtedy jeszcze myślałem, że pisze o gęstwie.

Wczorajszy wyskok nauczył mnie jednej rzeczy, więc się przygotowałem. W gęstwie człowiek nie tonie, tylko siedzi na niej jak korek i musi się wpychać; jak puści to, co go trzyma w dole, idzie w górę coraz szybciej, przebija lustro całym sobą i wychodzi w powietrze, które na Netli trzyma słabo — a wraca na kamienie. Wziąłem więc dwie rzeczy. Pudełko złączy gwintowanych, w płóciennym worku, przypięte do pasa od spodu, bo złącza są ze stali i jest ich dużo. I linkę: jeden koniec do pasa, drugi na brzegu, wokół kamienia wielkości beczki, węzeł zaciskowy, dwa razy.

Zszedłem po kamieniach. Hełm, butla, latarka na trzy kroki, dalej nic. Idzie się jak po schodach w melasie, tylko wolniej, bo każdy krok trzeba najpierw wepchnąć. Słychać własne kolano i to, jak butla stuka o łopatkę.

Kątownik leżał tam, gdzie go puściłem, wbity ukośnie w namuł. Wyciągnąłem go i włożyłem pod pachę — tę zdrową — i wtedy zobaczyłem, że stoję w bruździe.

Wcześniej jej nie zauważyłem, bo wchodziłem w poprzek i po ciemku. Bruzda biegnie wzdłuż całego dna rowu, szeroka na trzy moje rozstawione ręce, gładka, wybrana do twardego i wypolerowana. Po bokach wały starego namułu, ułożone warstwami jak ciasto. Nie jest to koryto po wodzie, bo woda nie robi krawędzi pod kątem prostym.

Poszedłem wzdłuż niej, bo byłem ciekawy, i to był błąd, którego nie umiem sobie wytłumaczyć niczym mądrzejszym niż tym, że byłem ciekawy.

Dudnienie przyszło najpierw do kolan. Nie do uszu — do kolan i do kości ogonowej. Dopiero potem zrobiło się z tego dźwięk, niski, bardzo powolny: łup, długa cisza, łup. Stanąłem i świeciłem w stronę, z której szło, i przez trzy pełne uderzenia nie widziałem nic poza swoim światłem odbitym od zawiesiny.

Potem zobaczyłem ramię. Wysokie na dwa moje wzrosty, płaskie, zakończone czymś w rodzaju stopy szerokiej jak drzwi. Stopa opadła w bruzdę, wepchnęła się w dno, namuł wyszedł spod niej dwiema falami na boki. Za tym ramieniem przyszło następne, o pół kroku dalej. Kadłuba nigdy nie zobaczyłem w całości; widziałem tyle, ile wpuszczała latarka, i to wystarczyło, żeby wiedzieć, że jest szerszy niż bruzda i że idzie tędy nie pierwszy raz.

Nie wiem, co to jest. Nie widziałem na tym ani jednego spawu, który bym rozpoznał, ani jednej przelotki, ani niczego, co by nazwać kołnierzem. Szło prosto, w tempie człowieka idącego po ulicy, i to była najgorsza informacja dnia, bo ja w gęstwie idę cztery razy wolniej.

Zawróciłem i poszedłem w bok, do ściany rowu. Robi się to tak, że się wpycha ramię, potem kolano, potem czeka, aż reszta nadejdzie. Doszedłem do ściany, złapałem kamień i zacząłem się podciągać, i wtedy linka szarpnęła mnie w tył.

Przeszła przez bruzdę. Musiała leżeć na dnie w poprzek, tam, gdzie schodziłem.

Pierwsze szarpnięcie wyrwało mi kamień z ręki. Drugie położyło mnie na plecach i pojechałem. Nie szybko — ze wszystkim tutaj jest ten kłopot, że nic nie dzieje się szybko, a i tak nie można nic zrobić. Jechałem po dnie na grzbiecie, z kątownikiem pod pachą, worek ze złączami orał namuł obok mnie, a hełm buksował i nabijał mi do ucha własny oddech. Latarka pokazywała mi sufit z zawiesiny. Węzeł zaciskowy na pasie robił dokładnie to, do czego węzeł zaciskowy służy.

Puściłem kątownik. Wolną ręką sięgnąłem do kieszeni po szczypce i to trwało tyle, że zdążyłem pomyśleć dwie pełne myśli. Pierwsza była o tym, że linka jest z oplotem stalowym, bo taniej kupiłem. Druga, że szczypce mam do drutu miedzianego.

Szczypce weszły w oplot i stanęły. Przełożyłem je i nacisnąłem drugi raz, ciałem, bo rękami nie dało rady, i linka poszła — nie od cięcia, tylko od tego, że nadpięta stal pękła sama z siebie. Zostało mi pół metra przy pasie i uderzenie w kość ogonową, bo w tej samej chwili przestałem jechać i zacząłem siadać na dnie.

Maszyna szła dalej. Łup. Cisza. Łup. Przez chwilę leżałem w namule i liczyłem te uderzenia, aż zrobiły się ciszej niż moje kolano.

Potem był problem wyjścia i tu przydały się wreszcie złącza.

Gdybym odciął worek od pasa, poszedłbym w górę jak wczoraj, wyleciał nad lustro i spadł na kamienie z jeszcze wyższego, tym razem z jedną ręką zdatną do amortyzowania. Więc rozwiązałem worek i zacząłem wysypywać złącza garściami, po jednej, czekając po każdej.

To jest robota jak każda inna, tylko wykonywana na leżąco w ciemności. Garść. Odczekać. Poczuć, czy podnosi. Nie podnosi — garść. Za trzecią podniosło mnie o pół kroku i stanąłem znów, bo nogi siadły w namule. Czwarta garść i już szedłem w górę stale, powoli, po skosie, z workiem przyciśniętym do brzucha jak człowiek, który niesie mąkę i ma jej dokładnie tyle, ile trzeba.

Ostatnie dwie garście wysypałem tuż pod lustrem, i to były dwie o jedną za dużo. Wyszedłem głową i ramionami, popłynąłem chwilę na brzuchu, a potem zsunąłem się z powrotem po pas i wyszedłem na kamienie jak należy, na czworakach, na tym boku, który jest cały.

Na brzegu siedział Hesp. Musiał tam siedzieć od dłuższego czasu, bo miał worek płaski i oddychał krótko, tak jak się oddycha, kiedy się czeka i nie chce się wydawać.

Podniósł tabliczkę. Było na niej jedno słowo, napisane wcześniej i już podeschnięte: CIĘŻKI.

— Wiem — powiedziałem. — Teraz wiem.

Napisał niżej, powoli: NIE PYTAŁEŚ. Popatrzył na to chwilę i nie starł.

Wieczorem Merza doliczyła mi dziewięćdziesiąt sześć łyków, z czego czterdzieści za rozmowę o tym, czego nie wiedziałem, i zapytała, czy żelazo wyniosłem.

W ładowni mam teraz pudełko po złączach, pół metra linki z oplotem i szczypce, które trzymają tylko jedną szczęką. Kątownik leży gdzieś w bruździe albo pojechał w niej dalej. Na Ambracie byłby już czyjś od momentu, w którym go puściłem.

Odbiornik pika przez całą noc. Trzy krótkie sygnały, cisza, znowu trzy. Rast leży w tym rowie osiem, może dziesięć kroków od bruzdy, na boku, poza nią.

Wyszło?