ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
069 przygoda · netla

Dzień 69. Ratunek już był

  • spor kolumny wymiennikowe

W nocy odbiornik Hanny zaczął sobie pikać na paśmie alarmowym. Trzy krótkie, przerwa, trzy krótkie — stary wzór ratunkowy, taki, jakiego się już nigdzie nie montuje. Namiar wychodził na sąsiedni rów, dwa grzbiety stąd, na dno. Na dnie rowu nie ma i nie może być statku, bo tam leży ciężki gaz na wysokość paru pięter i nic, co lata, nie ma tam czego szukać.

Poszedłem rano piechotą, bo Hanny nie chciało mi się stawiać na płozach na nieznanej skale.

Hesp wyszedł ze mną kawałek, wziąwszy przedtem tyle, że boki miał w fałdach. Na tabliczce napisał jedno słowo: RAST. Potem drugie, niżej: BYŁ RATUNEK. I starł, jak ma w zwyczaju.

— Kiedy?

Podniósł otwartą dłoń i pokazał grzbiet, co tu chyba znaczy: dawno, przed tobą, przed rozmową. Zawrócił.

Rów jest węższy od ich rowu i lustro stoi w nim wyżej, spokojne, bez fałdy. Widać stąd, że coś pod nim jest, bo gęstwa ma w jednym miejscu inny kolor, ciemniejszy, prostokątny. Nad lustrem sterczał metrowy pręt z zieloną główką, mokry od osadu, i to on nadawał.

Wziąłem kątownik z warsztatu — ten z Ambratu, nierozliczony, do niczego innego się nie nadał — i zszedłem po kamieniach do brzegu.

W gęstwie człowiek nie tonie, tylko siada na niej jak korek i musi się wpychać. Z kątownikiem pod pachą idzie się w dół krokami, powoli, jakby po schodach w melasie. Latarka świeci na trzy kroki i dalej nic. Oddycha się normalnie, ale słychać własne kolano.

Rast to jest kuter, albo był kuterem. Leży na boku, wpół w namule, poszycie ma zdarte do żeber od strony, którą uderzył. Właz otwarty i podparty od środka, żeby się nie zamknął. W środku wszystko wybrane do czysta: fotele wyjęte, panele zdjęte, kable wycięte równo przy przelotkach, nie szarpane. Ktoś to rozbierał przez lata, spokojnie, kawałek po kawałku, jak się rozbiera rzecz, po którą można wrócić jutro.

Zostawili tylko skrzynkę alarmową, bo jest zalana żywicą i nie ma z niej co wyjąć. Ogniwo izotopowe, zielona główka, obwód, który nie wie, że jest sam. Nadaje od czterdziestu lat albo dłużej i przez cały ten czas siedział pod lustrem, a gęstwa zjada fale radiowe tak dokładnie, że nikt nigdy tego nie usłyszał. Teraz poziom w rowach opadł, bo cztery kolumny stoją rozerwane wzdłuż, antena wyszła nad powierzchnię i Rast zaczął wołać po raz pierwszy od czasu, kiedy jego załoga jeszcze była w środku.

Miałem w kieszeni szczypce i przez chwilę chciałem uciąć ten pręt przy podstawie.

Nie uciąłem, więc wróciłem. I przy wracaniu zrobiłem rzecz głupią: puściłem kątownik, żeby mieć obie ręce do wspinania po kamieniach, a byłem jeszcze głęboko.

Poszedłem w górę jak pęcherz. Przebiłem lustro całym sobą, wyleciałem nad nie na dwa wzrosty i tu się przypomniało, że Netla trzyma słabo — spadałem długo i niedaleko od pionu, ale nie na gęstwę, tylko na skraj, na kamienie. Rękaw zdarty, przedramię zdarte pod nim, lewy bok mam dziś w kolorach. Leżałem i patrzyłem w górę, licząc, ile mnie to wyjdzie, gdybym chciał komuś o tym opowiedzieć.

Wieczorem podałem Merzy namiar i powiedziałem, czego nie zrobiłem.

— Zielona główka wyszła nad lustro, kiedy poziom spadł. Zejdzie z powrotem, kiedy poziom wróci. Słychać go z orbity.

— To jest miara — powiedziała Merza.

— To jest miara.

Siedziałem potem na płozie z odbiornikiem na kolanach. Trzy krótkie, przerwa, trzy krótkie. Co jakiś czas fala przechodzi nad główką i wtedy jeden ze znaków gaśnie w połowie.

Wyszło?