ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
068 ciąg dalszy · netla

Dzień 68. Kłótnie są tańsze na dole

  • spor kolumny wymiennikowe
  • hol frachtowca ambrat

Rano wyciąłem zarost z kolumny drugiej. Nie cały, bo całego nie da się wyjąć inaczej niż rozcinając kolumnę wzdłuż drugi raz, a ona już jest rozcięta raz i drugiego nie przeżyje. Wyciąłem tyle, żeby wiedzieć, jak to jest zbudowane.

Jest zbudowane warstwami, jak stary osad w rurze, tylko że osad jest martwy, a to nie. W środku ma kanaliki biegnące wzdłuż, cienkie, i wszystkie na jednym końcu otwarte, a na drugim ślepe. Ślepy koniec zawsze w dół. Kiedy się kawałek odłamie, ze ścianek wychodzi przejrzysty śluz i przestaje być przejrzysty po mniej więcej tyle czasu, ile trzeba, żeby odłożyć nóż.

Wziąłem trzy kawałki mniej więcej jednakowe. Jeden położyłem na blasze u góry, w pustce, obok płozy. Drugi zaniosłem na dół i wrzuciłem do rowu, głęboko pod lustro, między tłumoki. Trzeci włożyłem do miski i postawiłem miskę tak, żeby powierzchnia w niej stanęła dokładnie w połowie kawałka. Miski nie musiałem pilnować, bo tutaj ciężki gaz stoi w naczyniu równo i widać jego brzeg lepiej niż brzeg wody.

Po pół dnia ten na górze był twardy, szary i lekki jak wypalona kość. Ten z dołu rozmiękł i rozlazł się na trzy części, wszystkie miękkie, żadna nie urosła. Ten w misce urósł. Nie rozlazł się i nie wysechł, tylko dołożył sobie z pół palca nowej warstwy — dokładnie na obwodzie, dokładnie tam, gdzie stała powierzchnia. Nigdzie indziej.

To rośnie na granicy. Nie w ciężkim, nie w rzadkim, tylko w tej jednej linii, gdzie jedno styka się z drugim.

A kolumna to jest urządzenie, które robi taką granicę i trzyma ją w jednym miejscu przez okrągły rok. Bierze z góry rzadkie, wtłacza w dół ciężkie i gdzieś w połowie wysokości ma w środku swoje własne małe lustro, stałe, nieruchome, najlepsze miejsce do życia na całej Netli. Nie ma się co dziwić, że tam siedzi. Ja bym tam siedział.

Poszedłem wzdłuż rzędu i zmierzyłem, na jakiej wysokości zarost jest najgrubszy. Na drugiej, na czwartej i na piątej wyszło to samo z dokładnością do dłoni. Zaznaczyłem kredą.

Potem zszedłem się kłócić, bo na górze kłótnia jest nie do zapłacenia.

To jest tutaj urządzone rozsądnie i zorientowałem się dopiero wczoraj, kiedy chłopak starł tabliczkę rękawem. Na górze pisze się to, co bezsporne, bo pisanie nic nie kosztuje, a stanie na górze kosztuje. Wszystko, co wymaga drugiego zdania, schodzi pod lustro. Kłótnie są tańsze na dole i dlatego wszystkie ważne rzeczy na Netli są załatwione w gęstwie, po ciemku, przez ludzi, którzy leżą na tłumokach.

Zdjąłem hełm. Głos schodzi tu o dobrą oktawę w dół i wraca do ucha cudzy. Miejscowi mają na to swój sposób, mówią wyżej, niż mówią na górze, więc pod lustrem wszyscy brzmią normalnie, a ja brzmiałem jak drzwi.

Hesp leżał przy ścianie. Nad nim, wysoko, biegła ta ciemna kreska tam, gdzie lustro stało przed skokiem.

— To nie ty chciałeś przeliczenia metrów na dni — powiedziałem.

— Nie ja.

— To kto.

Wtedy odezwało się z góry, znaczy ze ściany, znaczy zewsząd, bo membrana jest w skale i pod gazem nie da się określić, z której strony.

— Merza — powiedziała Merza. — Obsługa rowu. Poziom, rozdział, racja dzienna.

Rozmawiało się z nią łatwo i to była jedyna łatwa rzecz tego dnia. Ona nie ma worka i mówienie nie kosztuje jej nic, więc mówi zdaniami, których tutaj nikt nie używa, i na dole brzmi to jak ktoś obcy i zamożny.

Powiedziała, że przeliczenia żądała, bo musi rozpisać racje, a racji nie da się rozpisać na metry. Powiedziałem, że metrów było sto trzydzieści siedem i że to jest odległość frachtowca od wrót hali na Ambracie, ciągniętego korbą przez osobę, która dostaje cztery jednostki dziennie i ma interes w tym, żeby ciągnąć wolno.

Merza milczała krótko.

— Tempo.

— Tempo zależy od skorupy. Skorupa się podnosi i opada. Przy uniesieniu idzie dobrze, przy opadnięciu nie idzie wcale.

— Cykl skorupy.

— Długi.

— Podaj długość cyklu.

— Nie podam, bo jak podam, to będzie obowiązywać.

Wtedy powiedziała rzecz, po której przestałem ją traktować jak urząd. Powiedziała, że przelicza po swojemu, i podała, ile to jest.

Sto trzydzieści siedem metrów, przy jej założeniach co do mojego tempa, to dla osady w rowie czterdzieści jeden tysięcy łyków. Tyle mniej więcej wybierze ta ludność z rowu, oddychając normalnie, zanim ja zamknę tamte wrota. Poziom bez czterech kolumn nie stoi, tylko opada, i ona rozdziela to, co opada, żeby opadało równo dla wszystkich, a nie żeby ci przy ścianie mieli dłużej niż ci przy progu.

— Czterdzieści jeden tysięcy to jest w liczbie dni ile — zapytałem.

— Nie liczę w dniach. Dni się tu nie zużywają.

Potem doliczyła mi dwieście dwanaście łyków za wczoraj i sto osiemdziesiąt za dzisiaj, bo zdjąłem hełm i oddycham ich racją. Nie protestowałem. Zapytałem tylko, czy wolno zapłacić robotą, a ona odpowiedziała, że robota jest liczona w łykach, więc owszem, w ten sposób wszystko jest zapłacone, i że tak właśnie liczy się tutaj wszystko od zawsze. Do zapisania mam więc pozycję nową i dla mnie nienaturalną: wychodzę na plus, ale w oddechu.

Potem powiedziałem jej o granicy.

Że zarost nie zarasta kolumn przez przypadek, tylko dlatego, że kolumna trzyma w środku nieruchomą powierzchnię, a to jest jedyne, czego on potrzebuje. Że wymiana czterech kolumn na nowe da im czysto na rok i tyle, bo zarost wróci w to samo miejsce, i że wiercenie w tym miejscu daje szew, po którym kolumna pęka wzdłuż przy pierwszym skoku, co już widzieli. I że jeżeli granica w środku kolumny przestanie stać w jednym miejscu — jeżeli będzie chodzić w górę i w dół, choćby mało, byle ciągle — to zarost nie zdąży się nigdzie zaczepić, bo on rośnie warstwami i każdą warstwę kładzie dokładnie na obwodzie.

Merza zapytała, o ile chodzić.

Powiedziałem, że o tyle, ile ma grubości warstwa dzienna. Więcej nie trzeba, a mniej nie wystarczy.

— Granica w kolumnie jest związana z poziomem w rowie — powiedziała. — Nie da się przesuwać jednej bez drugiej.

— Wiem. Widziałem kreskę na ścianie.

— Wobec tego chodziłby poziom.

— Chodziłby.

— O ile.

— O tyle samo. O warstwę.

Leżeli wszyscy dookoła i słuchali, bo pod lustrem słychać wszystko i nikt nie musi nic mówić, żeby brać udział. Hesp podniósł się na łokciu.

— Codziennie w górę i w dół — powiedział.

— Codziennie.

— To ci przy progu będą raz w środku, raz na wierzchu.

— Tak.

— Nie da się.

Nie powiedział, dlaczego się nie da, i nie zapytałem, bo to nie był ten rodzaj zdania, po którym się pyta. Merza też nie pytała. Powiedziała, że przyjmuje wniosek techniczny i że rozpatrzy go razem z racją, co brzmiało jak coś, co słyszałem już na stacji głosowania i co tam znaczyło mniej więcej dziewięć dni.

Wyszedłem na górę i doliczyłem sobie w pamięci, ile mnie kosztowało to wyjście, a potem przestałem, bo to nie jest waluta, w której umiem liczyć.

Przy kolumnach stały trzy kreski kredą na jednej wysokości. Hesp wyszedł za mną, nabrał przedtem tyle, że boki mu poszły w fałdy, i stanął przed nimi. Nic nie pokazywał i nic nie pisał. Stał tak dłużej, niż stać go było na dziewięć łyków.

Wyszło?