Dzień 67. Trzy pytania, dziewięć łyków
- spor kolumny wymiennikowe
- hol frachtowca ambrat
Wyszedłem z Ambratu, co wymagało więcej papieru niż wejście.
Z rejestratorem ustaliliśmy najpierw rzecz oczywistą: pobyt trwa dalej. Pobyt kończy zdarzenie zamykające, a zdarzeniem zamykającym jest trzecie ważenie, którego nie będzie, dopóki hol jest czynnością. Odlot nie jest zdarzeniem zamykającym, odlot jest przemieszczeniem. Dwie jednostki dziennie idą więc dalej i będą szły także wtedy, gdy będę na drugim końcu szlaku, bo tam też jestem obecny na Ambracie w rozumieniu rejestru. Zapytałem, czy mogę być obecny w dwóch miejscach. Powiedział, że nie zna przepisu, który by tego zabraniał, i że raczej takiego nie ma, bo nikt dotąd nie zgłaszał potrzeby.
Potem był trzymacz. Stanął przy płozie z liną w oplocie i zapytał, co ma trzymać, kiedy nie będzie czego.
— Pętlę.
— Pętla to rzecz.
— To niech pan trzyma pętlę.
Rejestrator wpisał to jako miejsce po jednostce, trzymanie nieprzerwane, staż ciągły. Czyli Hanna zbiera na Ambracie staż mimo tego, że jej tam nie ma, a im dłużej mnie nie będzie, tym czystsza będzie w rejestrze. Kupiec z pola złomu, ten, który odliczył mi więcej niż wartość uciętego kawałka rury, powiedział kiedyś, że jednostka trzymana bez przerwy przez rok jest warta dwa razy tyle co ta sama jednostka postawiona. Nic z tego nie mam, ale przyjemnie się wie.
Żeton od zarządcy został w rejestrze trzymacza. Wyjęcie go kosztowałoby staż i jeszcze trzy jednostki za wykreślenie pozycji, a on i tak jest wart jedną.
Ostatnia była Otha. Zostawiłem jej pieniądze na pięć dni z góry i powiedziałem, że hol musi się w tym czasie mierzalnie przemieszczać, bo inaczej Tresk idzie do ważenia.
— Mierzalnie to mało — powiedziała.
— Mierzalnie to dokładnie tyle, ile trzeba.
Pokazała mi górny rząd palców rozłożony płasko i wróciła do korby. Kręciła w tym swoim rytmie, trzy szarpnięcia i przerwa, bez podnoszenia głowy, i przy dwóch ostatnich obrotach szła wyraźnie leniwiej niż wczoraj. Nie skomentowałem, bo to jej pięć dni.
Leciałem długo, bez treści na paśmie.
Netla jest mała i słabo trzyma. Atmosfery jako takiej nie ma i nie będzie, bo wszystko, co lekkie, ucieka w pierwszym pokoleniu. Terraformer nie robi tam nieba, tylko robi ciecz: ciężki gaz, który leży. Z góry widać to od razu — całe płaskowyże są puste i suche, a w rowach i kraterach stoi mgła z równą, gładką powierzchnią. Powierzchnia jest widoczna. Ma lustro. Kiedy się nad nią przejdzie z ciągiem, robią się na niej bruzdy, które schodzą powoli, jak na oleju.
Osada jest w rowie. Hangary są na górze, w pustce, bo w powietrzu na dole nie ma miejsca na rzeczy, które mogą stać w niczym. Postawiłem Hannę obok trzech obcych płóz i zszedłem po drabinie.
Drabina wchodzi w lustro jak w wodę. Ostatnie szczeble są wilgotne.
Zarządca nazywa się Hesp i był pierwszym, którego zobaczyłem w całości. Miejscowi mają pod żebrami worek, a skóra na nim jest cieńsza niż wszędzie indziej i widać, kiedy się napełnia. Hesp stał pod lustrem, nabrał, aż mu boki poszły w poprzeczne fałdy, i wyszedł na górę z podniesioną ręką.
Powiedział, że kolumny są cztery, że rozerwane wzdłuż i że czekają.
Zapytałem, od kiedy.
Odpowiedział, że od skoku.
Zapytałem, kto zdejmował kołpaki.
Odpowiedział, że tamci.
Zapytałem, czy tamci coś po sobie zostawili.
Wtedy zrobił krok w dół i zniknął pod lustrem, a kiedy wrócił po dłuższej chwili, worek miał znowu pełny, ale już się do mnie nie zbliżył. Stał w odległości i pokazywał. Potem przyszedł chłopak — młody, worek jeszcze mały, dlatego wychodzi na krótko i często — z tabliczką i kredą, i od tego momentu rozmowa toczyła się pisemnie, z odległości pięciu kroków, przy czym chłopak schodził po każdym zdaniu.
Trzy pytania wyszły mnie na dziewięć łyków. Mówiłem w skafandrze, więc nie kosztowały mnie nic, i dopiero po trzecim zauważyłem, że Hesp liczy je sobie na palcach, jak wydatek. U nich mówienie na górze jest wydatkiem. Mówi się pod lustrem, na górze się pokazuje, a robota mierzy się w łykach, nie w godzinach: chłopak napisał mi na tabliczce, że zdjęcie jednego kołpaka to sto dwadzieścia łyków dla dwóch, i że przy tym drugi musi patrzeć na pierwszego, bo kto przetrzyma, ten mdleje i spada w powietrze plecami.
Napisałem, że pracuję inaczej i że mam swój zapas.
Odpisał, że wiedzą, bo tamci też mieli.
O terminie w metrach napisał na końcu, z własnej inicjatywy i bez pytania: że przyszedł do nich metr, że nikt nie wiedział, co z nim zrobić, bo tu metrów nie brakuje, i że przeliczenia na dni żądał nie on. Zapytałem kto. Napisał jedno słowo i starł je natychmiast rękawem, zanim doczytałem, po czym napisał, że to nie do ustalania na górze.
Kolumny stoją w rzędzie na krawędzi rowu i wystają ponad lustro, bo mają brać z góry to, co rzadkie, i wtłaczać w dół to, co ciężkie. Dwie, cztery, pięć i dziewięć. Wszystkie rozerwane wzdłuż, od miejsca wiercenia w dół, blacha wywinięta na zewnątrz w dwa płaty i podkręcona na końcach. Wygląda to dokładnie tak, jak wygląda rura, która pękła od środka przy jednym uderzeniu, a nie od zmęczenia. Zmęczona pęka krótko i krzywo. Ta poszła prosto, jak po linijce, bo ścianka była przewiercona w dziesięciu miejscach na okrąg i to był gotowy szew.
Wzdłuż całego rzędu leżą wióry. Ładne, długie, jednakowe wióry z blachy kolumnowej, zmiecione w kopczyki, bo ktoś tu po sobie sprzątał, tylko nie wyniósł. W kopczyku numer pięć znalazłem końcówkę wiertła z wypaloną krawędzią. Nie palę wierteł dla przyjemności, ale wiem, jak wygląda takie, którym wchodzono za szybko, żeby zdążyć z robotą przed czymś.
Wszedłem ręką w rozerwanie na drugiej. Zarost, o który poszła cała ta sprawa, jest w środku dalej — na wylocie ścięty ostro, tam gdzie szło wiertło, a głębiej gruby jak przedramię. Nie jest to kamień. Jest ciepły, mokry i ustępuje pod naciskiem, a kiedy się kawałek wyłamie, to w miejscu wyłamania robi się przejrzysty śluz, który po chwili przestaje być przejrzysty.
Potem obejrzałem dziewiątkę, tę najbliżej lustra, i tam zarost stoi równo w świeżym otworze. Odrósł w przewierconym kanale na grubość palca, po tej stronie i po drugiej, i ma na sobie ślad gwintu wiertła jak odlew.
Zszedłem pod lustro i zdjąłem hełm. Powietrze jest zimne i ma smak jak woda z rury, którą długo się nie płukało. Mieszkają teraz wszyscy na samym dnie rowu, jeden na drugim, z tłumokami w progach. Na ścianie, wysoko nade mną, biegnie równa ciemna kreska tam, gdzie lustro stało przed skokiem.