Dzień 65. Sześć śrub i jedna w zębach
- hol frachtowca ambrat
Dygot wyszedł na podstawie nadajnika. Sześć śrub na zewnętrznym pokładzie odeszło o pół gwintu każda, a siódma wypadła i nie ma jej pewnie od kilku dni. Pudełko niesortowanych złączy, którego nikt nie chciał w układzie z nićmi, bo tam nie ma po co kręcić śrub, wreszcie się na coś przydało.
Trzymacz stał przy płozie z liną w oplocie i obserwował.
— Jak pan odkręca, to na ten czas ona jest niczyja — powiedział.
— Jest w mojej ręce.
— W ręce z kluczem.
Więc odkręcałem po jednej i każdą odkręconą trzymałem w zębach, aż wróciła na miejsce. Zapytał, czy wpisać je do rejestru. Osobno, siedem pozycji. Powiedziałem, że nie planuję ich przetrzymywać dłużej niż przez obrót klucza, a on odpowiedział, że akurat to jest trzymanie najczystsze, jakie widział.
Nośna idzie dalej, bez treści, za dziesiątą część jednostki na dobę. Tresk zawodził od strony hali przez cały czas, kiedy pracowałem, i ani razu nie ustał na tyle, żeby dało się zliczyć oddech skorupy.