Dzień 7. Powietrze do przegłosowania
- nowe zlecenie glosowanie
Zlecenie przyszło przez boję i przyszło tanio, bo było kompresowalne. Ktoś nadał czterysta razy to samo zdanie i doliczył jedno inne na końcu:
POWIETRZE. PROSIMY O SERWIS. POWIETRZE. PROSIMY O SERWIS. (×398) Kurs w załączniku. Płacimy po przyjęciu.
Za czterysta powtórzeń wyszło im mniej niż za dwa zdania różne. Odpisałem „przyjmuję” dwadzieścia razy pod rząd, żeby nie płacić jak za nowość.
Stacja stoi bokiem do szlaku, trzy pierścienie robocze i przeładunek, czterdziestu siedmiu ludzi na pokładzie. Cumowanie poszło gładko. Powitała mnie kierowniczka zmiany i od razu, jeszcze w śluzie, zapytała, jak głosuję.
Zapytałem, w jakiej sprawie.
— W sprawie powietrza. Wczoraj wyszło trzydzieści jeden do dziewięciu, że jest dobre. Przedwczoraj czterdzieści do dwóch. Kierunek się nam nie podoba.
Poszedłem do skrubera. Kolumna druga zapchana, pochłaniacz przepalony, wentylator na wylocie chodzi, ale ciągnie może połowę. Wyjąłem miernik i po trzech minutach miałem odczyt: dwutlenek wysoko, w trzecim pierścieniu wyraźnie wyżej niż w pozostałych, bo tam śpią.
Pokazałem jej miernik.
— To jest jeden głos — powiedziała.
— To jest pomiar.
— Pana miernik ma jeden głos, pan ma jeden głos. Razem dwa. Wczoraj przeciw było dziewięć osób i one twierdziły to samo, co pan, i przegrały.
Spytałem, co się stanie, jeśli większość uzna, że powietrze jest dobre, a ludzie w trzecim pierścieniu będą się budzić z bólem głowy.
— Będą się budzić z bólem głowy w dobrym powietrzu — powiedziała. — Do następnego głosowania.
Zdjąłem obudowę kolumny, żeby dostać się do złoża, i wtedy zobaczyłem spoiny. Równe, wszystkie tak samo, jedna co dwa palce, bez jednego miejsca, w którym ktoś by się zawahał. Znam to. Zapytałem, kto to robił.
Powiedziała nazwę. Nie musiała.
Robili odbiór siedem lat temu. Wyszli w dwa dni, wszystko zamknięte, wszystko czyste, czujniki pokazywały wartości ładne jak z folderu. Pokazywały je jeszcze przez pół roku po tym, jak ludzie zaczęli mdleć przy pracy. Ktoś w końcu rozkręcił tor pomiarowy i znalazł w nim stałą poprawkę, wlutowaną porządnie, żeby się nie ruszała.
Od tamtej pory na tej stacji przyrząd jest świadkiem, a nie sędzią. Świadek może kłamać. Czterdziestu siedmiu ludzi naraz — trudniej.
Powiedziałem, że rozumiem przesłankę i że mimo to kolumna druga jest zapchana. Zaproponowała, żebym to zgłosił na wieczorne głosowanie. Zgłosiłem. Przedstawiłem odczyty, pokazałem złoże, dałem powąchać pochłaniacz. Wyszło dwadzieścia sześć do dwudziestu jeden, że powietrze jest dobre.
Kierowniczka wyglądała na zadowoloną.
— Dwadzieścia jeden — powiedziała. — Przedwczoraj było dwoje. Pan robi postępy.
Zapytałem, ile jeszcze takich postępów potrzeba, żeby wolno mi było wymienić złoże.
— Dwadzieścia cztery.
Mam na pokładzie pochłaniacz, mam uszczelki do kolumny i mam pół dnia roboty. Nie mam trzech głosów.
Śpię dziś w Hannie, na swoim powietrzu. W kabinie dwanaście stopni i ciepło od ogniwa, więc nie narzekam. Jutro idę do trzeciego pierścienia, do tych dziewięciu z przedwczoraj.
Do faktury dopisałem pozycję, której jeszcze nigdy nie wystawiałem, i zostawiłem przy niej puste miejsce na cenę.