Dzień 54. Blacha, której nie wolno obejrzeć z drugiej strony
- hol frachtowca ambrat
Płozy pod Treskiem zdarły się szybciej, niż liczyłem. Blacha z Othy była cienka i po pięćdziesięciu metrach ciągnięcia po skorupie zrobiła się w środku jak papier — pod korbą czuć było, że coś tam już nie jedzie, tylko orze. Trzeba nowej, i to ze cztery arkusze.
Na Ambracie blachę można kupić. Sęk w tym, że każdy arkusz to osobna rzecz, a każdą trzymaną rzecz wpisuje się osobno, po trzy jednostki od wpisu. Cztery arkusze to dwanaście jednostek samego papieru, zanim się zapłaci za blachę. Pytałem, czy cztery arkusze związane drutem to jedna rzecz. Urzędnik odpowiedział, że jedna rzecz to rzecz, której rozdzielenie ją niszczy, i że drut nie niszczy. Zapytałem, czy spawane. Powiedział, że spawane owszem, ale wtedy kupuję jedną blachę grubości czterech i nie zrobię z niej płóz.
Poleciałem więc na Nuhr.
Nuhr to dwie bryły zrośnięte szyjką, wiszące pod olbrzymem tym samym bokiem od zawsze. Olbrzym ciągnie oba końce w przeciwne strony i nie przestaje ciągnąć ani na chwilę. Na przewężu, w środku, ciągnienie się znosi i tam jest port. Im dalej od przewęża w którąkolwiek stronę, tym mocniej rzecz jest naciągana wzdłuż osi, i tym taniej.
Trzymacza zabrałem ze sobą, bo umowa jest na czas pobytu, a pobyt nie kończy się dlatego, że akurat lecę. Siedział w kabinie na skrzynce, dolny rząd palców na lince burtowej, górny na żetonie z kartką od zarządcy. Zapytałem, czy nie chce wyjść rozprostować nóg. Powiedział, że rozprostowanie nóg nie jest w umowie, a poza tym u nich się mówi, że kto puszcza z ciekawości, ten puszcza. Zostawiłem mu wodę w kubku ze słomką.
Na przewężu wszystko stoi normalnie i dlatego wszystko jest tam drogie. Arkusz blachy na stoisku przy samym porcie — jedenaście jednostek. Na tym stoisku blachę można obejrzeć z obu stron; sprzedawca bierze ją za krawędź, obraca płasko i pokazuje spód. To jedyne miejsce na Nuhr, gdzie wolno cokolwiek obrócić, i połowa ceny to właśnie ten obrót.
Zszedłem w dół.
Zejście na Nuhr to nie schody, tylko długa pochylnia wykuta wzdłuż osi, z poprzecznymi listwami pod stopy. Po pierwszych stu krokach nic. Po dwustu zaczyna się czuć w karku, jakby ktoś delikatnie trzymał za głowę i ciągnął. Po czterystu zauważyłem, że rana nad nadgarstkiem, ta od nici, zrobiła się ciemna i mokra. Zakleiła się wtedy od środka i przez dziesięć dni była sucha. Tu zaczęła sączyć, bo wszystko, co ma w środku ciśnienie, przy tym ciągnięciu chce się przelać do końców.
Miejscowi schodzili i wchodzili obok mnie. Są długie, wąskie, żebrowane, chodzą przodem w dół i tyłem w górę, bez odwracania. Głowa siedzi na krótkiej szyi i ma oczy z obu końców, więc nie ma po co jej kręcić. Mijałem dwoje, którzy nieśli razem coś długiego, i szli jedno przodem, drugie tyłem, i rozmawiali przez cały czas, nie widząc się i widząc się jednocześnie.
Stoisko z blachą stało jakieś sześćset kroków w dół. Arkusze wisiały pionowo w stojaku, jeden przy drugim, wszystkie tą samą stroną do mnie. Sprzedawca miał na stojaku dwie sprężyny, górną i dolną, i haki.
— Cztery arkusze — powiedziałem. — Na płozy, pod ciągnięcie po skorupie. Muszę zobaczyć spód.
— Nie ma spodu — powiedział. Głos miał niski i wychodził z niego z opóźnieniem, jakby szedł przez całą tę długość. — Jest góra i dół. Spód jest u góry i dołu jednocześnie, zależy od końca.
— Druga strona arkusza.
— Aha. Nie.
— Nie chce pan czy nie można?
Zdjął jeden arkusz, powiesił go na obu hakach, górnym i dolnym, i pokazał mi dwie tarcze.
— Sto trzydzieści dwa na górze, sto dziewięćdziesiąt jeden na dole. Różnica pięćdziesiąt dziewięć. Czysta blacha o tej długości daje siedemdziesiąt trzy. Ta ma w dolnej połowie mniej niż powinna. Cztery jednostki.
— To znaczy, że jest przeżarta.
— To znaczy, że ma mniej niż powinna. Przeżarta, dziurawa, cienko walcowana — nie wiem i nie muszę wiedzieć. Pan kupuje różnicę, nie wygląd.
— A jak pan ją odwróci i sprawdzi?
Popatrzył na mnie z obu stron głowy naraz, co jest doświadczeniem, do którego nie zdążyłem przywyknąć.
— Kto raz obrócił, ten już nie sprzedaje — powiedział. — Żebra idą wzdłuż. W poprzek nic nie idzie.
Wziąłem cztery po cztery. Szesnaście jednostek za blachę, o której wiem tylko, że ma za mało w dolnej połowie, ale płozy i tak wycina się z całości i zła połowa idzie na ścinki. Tak sobie policzyłem.
Błąd zrobiłem na powrocie i był to błąd czysto odruchowy. Związałem arkusze drutem, zarzuciłem pakiet na ramię i ruszyłem w górę tyłem. Przez jakieś trzydzieści kroków szło dobrze. Potem pakiet, który leżał na mnie w poprzek, zaczął się prostować.
To nie jest szarpnięcie. To jest coś, co rośnie równo i nie przestaje. Blacha chciała stanąć wzdłuż osi i miała na to sześćset kroków ciągnienia po swojej stronie, a ja miałem jedno ramię i rozciętą rękę. Wykręciło mi bark, zanim zdążyłem pomyśleć, co robić. Puściłem lewą, żeby przełożyć, i wtedy cały pakiet obrócił się wokół mojego karku jak dźwignia, którą jestem punktem podparcia, i pociągnął mnie w dół, na kolana, przodem w złą stronę.
Leżałem na pochylni na brzuchu, wzdłuż, i to akurat była jedyna rzecz, którą zrobiłem dobrze, bo leżałem wzdłuż. Rękę czułem do łokcia i dalej nie. Z nadgarstka lało mi się do rękawa. Blacha wisiała na drucie, zaczepiona o listwę pod moim ramieniem, i ciągnęła równo, bez pośpiechu, jak wciągarka, której nikt nie kręci, a która i tak wygrywa.
Nie ma tam czego łapać. Nie można się obrócić, żeby chwycić oburącz. Można iść tyłem albo przodem i nic więcej.
Przeciągnąłem prawą rękę pod sobą, dosięgnąłem drutu i rozkręciłem go. Trwało to długo, bo drut skręcałem sam i skręciłem go porządnie, jak idiota.
Arkusze poszły w dół.
Poszły powoli, bo wszystko tam idzie powoli, ale szły równo i przyspieszały, jeden za drugim, ustawione wzdłuż, ostrzem w skorupę. Słyszałem je jeszcze przez dobrą chwilę. Ostatni dźwięk był taki, jakby ktoś z bardzo daleka wysypał wiadro suchych liści, i to mi wystarczyło za oględziny drugiej strony.
Wróciłem na przewęże tyłem, przez godzinę albo dwie, odpoczywając co pięćdziesiąt kroków, z ręką wciśniętą pod pachę. Na stoisku przy porcie kupiłem jeden arkusz za jedenaście. Obrócili mi go, pokazali spód, spód był dobry. Nieśli mi go dwaj tragarze aż do śluzy, jeden przodem, jeden tyłem, i wzięli za to jeszcze dwie.
Trzymacz siedział tak, jak go zostawiłem. Zobaczył krew na rękawie i zapytał, czy coś puściłem. Powiedziałem, że tak. Zapytał, czy to było wpisane. Powiedziałem, że nie było.
Na Ambracie Otha kręciła. Pomiar od kreski: siedemdziesiąt jeden centymetrów, hol trwa, trzydzieści osiem za trzy dni mojej nieobecności, czyli kręciła nawet lepiej, kiedy nikt nie stał nad nią i nie liczył.
Powiedziałem, że mam jeden arkusz zamiast czterech. Popatrzyła na moją rękę, nie na blachę, i powiedziała, żebym jej nie kręcił jutro, bo i tak nie utrzymam korby.
Wieczorem położyłem się na koi i przez pierwszą chwilę bałem się przewrócić na bok.