Dzień 50. Rzecz w rzeczy trzymanej
- hol frachtowca ambrat
Przyszli rano, w dwóch, z listą i z wagą na pasku.
Okazało się, że mój wynajęty trzymacz — ten za dziewięć jednostek z góry, który od kilkunastu dni siedzi przy włazie Hanny i trzyma kołnierz — złożył zgłoszenie. Nie z nieżyczliwości. Musiał, bo inaczej sam by odpowiadał. Zgłosił, że w trzymanej przez niego jednostce znajdują się rzeczy, których nikt nie trzyma.
— Ale on trzyma statek — powiedziałem. — Statek jest mój, statek jest czysty, ma staż.
Celnik rozłożył górny rząd palców, jakby pokazywał coś rozsypanego.
— Statek ma staż. Rzecz w rzeczy trzymanej jest rzeczą osobną. Trzymanie nie schodzi do środka.
Zapytałem, gdzie to jest napisane. Powiedział, że nigdzie, bo to jest oczywiste: gdyby trzymanie schodziło do środka, wystarczyłoby trzymać jedną skrzynię, żeby być właścicielem wszystkiego, co ktoś do niej włoży. Musiałem przyznać, że to trzyma się kupy. Drugi w tym czasie wszedł do ładowni i zaczął chodzić między pałąkami.
— Kto to trzymał i od kiedy?
— Nikt. Stoją napięte na żebrach.
— Żebro nie jest dłonią.
Wpisał przy każdym z jedenastu to samo: zero. Zapytałem, co się dzieje z zerem. Wyjaśnił bez złośliwości, tonem człowieka, który tłumaczy przyjezdnemu, gdzie jest wyjście. Rzecz o stażu zero jest rzeczą niczyją. Rzecz niczyją się waży, a po zważeniu bierze ją pierwsza dłoń, która ją podniesie z wagi, i tą dłonią zwykle jest dłoń urzędu, bo urząd stoi przy wadze. Powiedział, że wrócą po ważenie, jak skończą trzecie stanowisko. Dał mi na to tyle czasu, ile im zostało do końca stanowiska, i nie zrobił tego uprzejmie, tylko po prostu miał trzecie stanowisko.
Nie targowałem się. Wypiąłem wszystkie jedenaście pałąków z podstaw i poniosłem je do hali, po trzy naraz, bo napiętych nie da się złożyć — zwiotczałe zwijają się w grudę i wtedy nie ma już czego ważyć ani czym ciągnąć.
Otha zobaczyła mnie w drzwiach i puściła korbę w górnym położeniu.
— Znowu się urwała?
— Nie. Wiąż.
Ma dwa rzędy palców i wiąże w czasie, w jakim ja zdejmuję rękawicę. Wpięliśmy wszystkie w jedną wiązkę, razem z tym dwunastym, który ciągnął od początku, i przepuściliśmy przez oba krążki. Skończyliśmy, zanim wrócili.
Celnik obejrzał wiązkę, potem rejestr przy kresce. Hol wpisany, mierzony wczoraj, kilkanaście centymetrów.
— To jest w czynności — powiedział.
— Tak.
— Rzeczy w czynności się nie waży. Czynność nie jest staniem.
Zapisał to i dopisał jeszcze jedno zdanie, które przeczytał mi na głos, żebym nie miał później pretensji: z chwilą ustania czynności rzeczom wraca ich staż, czyli zero, i wtedy waży się je tam, gdzie leżą.
Czyli mam dwanaście nici i wszystkie dwanaście musi ciągnąć. Nie ma zapasu. Zapas to rzecz leżąca, a rzecz leżąca jest niczyja. Dopóki Tresk się rusza, włókno jest moje; w dniu, w którym stanie, przestaje być moje w tej samej chwili, w której przestaje być czymkolwiek, bo zwiotczałe i tak się skurczy. Prawo i nić mówią tu dokładnie to samo, tylko prawo mówi to w zeszycie.
Po południu Otha zrobiła pierwszy obrót na pełnej wiązce. Dwanaście tonów naraz, wszystkie różne, i przez moment brzmiało to jak jedna rzecz, a nie jak dwanaście. Tresk podszedł do liny i stał przy niej, dopóki nie ucichła.
Otha zapytała, co będzie z nimi, jak dojedziemy do wrót.
Powiedziałem, że do wrót jest jeszcze ze sto dni. Nie odpowiedziała, tylko dołożyła pół obrotu.