ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
005 podróż · szlak za hoonem

Dzień 5. Szlak za Hoonem

  • dlug z varnu

Odbiłem od bramy przed obrotem dwójki, żeby nie czekać, i po dwóch godzinach obieg drugi dał znać, że uszczelka jest już zmęczona. Nowa. Położona własnoręcznie cztery dni temu. Zrzuciłem reaktor na jałowy, bo przy jałowym obieg traci tyle, ile umiem uzupełnić, a przy roboczym tyle, ile nie umiem. Efekt: lecę wolno, lecę zimno i mam czas.

W kabinie trzymam dwanaście stopni. Da się pracować w rękawicach, tylko przy lutowaniu trzeba je zdejmować i wtedy człowiek liczy sekundy.

Trzeciego dnia od odbicia weszła w zasięg boja opłat. Nie wiedziałem, że tu jakaś jest — pustka jak pustka, jedna martwa skała i nic. Boja przywitała się naliczeniem.

Taryfa: przelot w ciszy radiowej, stawka podstawowa, mnożnik dwa.

Zapytałem, za co mnożnik. Odpisała, że statek milczący wymaga śledzenia aktywnego, a śledzenie aktywne zużywa moc nadzoru, natomiast statek nadający śledzi się sam i jest tańszy w obsłudze o połowę. Logika bez zarzutu. Sprawdziłem tylko, ile mnie kosztuje trzymanie nadajnika w ciągłej pracy przy reaktorze na jałowym, wyszło mniej niż mnożnik, więc włączyłem nadajnik i zacząłem nadawać.

Nadawałem inwentarz ładowni. Doszedłem do uszczelek promieniowych, zawiesiłem się przy pozycji „złączki, różne, jedno pudło”, bo różnych jest tam osiemdziesiąt siedem i każda inna, i wtedy boja wtrąciła się po raz pierwszy.

— Transmisja zawiera powtórzenia. Sekwencje powtarzalne podlegają kompresji i nie są zaliczane do czasu nadawania.

— Nadaję listę części.

— Lista części jest kompresowalna.

— A co nie jest?

— Treść niepowtarzalna.

Spytałem, czy mi poda definicję. Podała. Definicja miała cztery zdania i w trzecim odsyłała do samej siebie. Zapisałem ją sobie, bo ładna.

Przez następne dwa dni nadawałem, co mi wpadło pod rękę. Przeczytałem fakturę z Hoonu, wszystkie trzy pozycje, razem z tą o utrzymaniu pierścienia w spoczynku. Boja przyjęła. Przeczytałem protokół Holdmarku sprzed pół roku, z tabelką, rubryka po rubryce — boja przyjęła, ale zgłosiła „niską gęstość informacyjną”, co uznaję za trafną recenzję i pierwszą, jaką ten dokument dostał od kogokolwiek.

Potem skończyły mi się papiery i zacząłem czytać własny dziennik. Wpis pierwszy, wpis trzeci, wpis czwarty. Szło dobrze do momentu, w którym doszedłem do zdania o kwocie z Varnu, która przychodzi regularnie i nigdy nie jest ta sama. Boja zaliczyła jako niepowtarzalne. Słusznie.

Czwartego dnia wyszedłem z zasięgu. Rozliczenie przyszło zaraz potem: stawka podstawowa, bez mnożnika, plus dopłata za obsługę transmisji o zmiennym formacie. Dopłata wyniosła dokładnie tyle, ile zaoszczędziłem na mnożniku, minus grosze. Nie mam do nich pretensji. Ktoś to policzył i policzył dobrze.

Pretensję mam o co innego. Wieczorem, jeszcze na jałowym, przyszła kwota z Varnu — dzień wcześniej niż zwykle i z dopiskiem, że dziękują za potwierdzenie pozycji. Nadawałem cztery dni w otwartej przestrzeni, z numerem, kursem i pełnym spisem tego, co wożę w ładowni. Człowiek sam sobie kopie.

Odpisałem, że zapłacę w przyszłym tygodniu.

Reaktor trzymam na jałowym do następnego portu. Stuka teraz inaczej niż zwykle, wolniej, jakby liczył. Na liście do zrobienia dopisałem obieg drugi, cały, nie uszczelkę. Lista ma teraz czterdzieści jeden pozycji i to jest jedyna rzecz w tym statku, która rośnie równo.

Wyszło?