Dzień 46. Lina, której nie wolno zwinąć
- hol frachtowca ambrat
Lina puściła przed południem, przy trzeciej czy czwartej fali. Nie rozplotła się grzecznie — pękła jednym pasmem, potem resztą, i wolny koniec przeszedł przez halę na wysokości pasa. Ściął tabliczkę ze słupa i uderzył w kadłub tuż przy Osze z dźwiękiem, który poczułem w zębach. Otha leżała już wtedy na posadzce, bo puściła korbę pół sekundy wcześniej, niż ja zdążyłem cokolwiek zauważyć. Tresk stał przy drugim ramieniu ze sztywno wyciągniętą ręką i nadajnikiem, który zawodził dalej, jakby nic.
Nikomu nic nie było. Frachtowiec, zwolniony z naciągu, zsunął się po blachach do tyłu o cztery centymetry.
Rejestrator przyszedł na oględziny i długo mierzył od kreski.
— Przemieszczenie jest — powiedział.
— W złą stronę.
— Ja mierzę odległość od kreski, nie kierunek. — Wpisał. — Hol trwał.
Nie kłóciłem się. Człowiek bierze, co dostaje.
Sama lina jest do wyrzucenia na odcinku roboczym. To, co zostało na bębnie, pochodzi z tej samej partii i przeszło przez te same krążki, tylko mniej razy, więc pytanie brzmi nie „czy”, tylko „kiedy”. Przy dwóch krotnościach naciąg jest dwa razy większy i cały ten hol od dziś stoi na linie, której nie ufam.
Na Ambracie liny się nie kupuje z półki, bo tu nic nie leży. Poszedłem do kupca, który obciął mi na rurze, i zapytałem wprost.
— Mam trzy — powiedział. — Tę trzyma mój brat od jedenastu lat, to jest lina czysta i kosztuje tyle, ile pan nie ma. Tę trzyma chłopak od czterech dni. Tanio.
— A czemu tanio?
— Bo nie wiadomo, co robiła przez te lata, zanim ją podniósł. — Wzruszył górnym rzędem palców. — Może to jest doskonała lina. Ja bym się na niej nie wieszał.
Trzeciej nie pokazał. Za to powiedział, gdzie chodzą po włókno ci, którzy tu holują na poważnie: dwa skoki w bok od szlaku, w układzie, którego nie ma na moich kartach handlowych, bo nie ma tam nic do handlu oprócz jednej rzeczy. Zapisałem współrzędne, zostawiłem Osze i Treskowi zapadkę zaklinowaną i polecenie, żeby nie ruszali niczego do mojego powrotu, i poszedłem po linę.
Objazd zajął tyle, ile zajął. Gwiazda mała i pomarańczowa, jedna planeta w środku, reszta to gruz. Atmosfera gęsta, ciepła, bez tlenu, ciśnienie takie, że kombinezon się wygładza sam z siebie. Grawitacja słaba. Nad każdą szczeliną w skorupie idzie do góry słup ciepłego powietrza i w tym słupie coś rośnie.
Z orbity wygląda to jak mgła. Z bliska jest to nić. Wyrasta z brzegu szczeliny, prąd wznoszący ciągnie ją do góry i ona rośnie w tym ciągu, cienka jak włos, długa na tyle, na ile jej pozwoli. Łapie pył, którym się karmi. Rośnie tylko wtedy, kiedy jest napięta — dopóki ciągnie, żyje, a jak zwiotczeje, kurczy się i skleja sama ze sobą w twardą grudę, i z takiej grudy nie ma już nic.
Wyszedłem z Hanny i zrobiłem trzy kroki w stronę osady, a przy czwartym coś mnie zatrzymało w poprzek piersi, miękko, jak sznurek od bielizny. Stanąłem. Potem zobaczyłem resztę. Powietrze między mną a osadą było pełne. Nie gęste — po prostu wszędzie, co pół metra, co ćwierć, pionowe włosy błyszczące w pomarańczowym świetle, i ja w środku tego.
Miejscowy zszedł do mnie z góry, wzdłuż własnych nici. Są szerocy i płascy, z chwytakami po bokach, i przesuwają się tak wolno, że przez pierwszą minutę myślałem, że tylko dryfuje. Zatrzymał się dwa kroki ode mnie i powiedział przez translator jedno zdanie:
— Nie szybko.
— Przeszkadzam wam w zbiorze? — zapytałem.
— Nie. Pan sobie utnie nogę.
Pokazał mi to na kawałku rury, którą przyniósł. Przeciągnął rurę wolno przez nić — nić się odsunęła i wróciła. Potem szarpnął tą samą rurą — i rura miała rowek. Nić nie jest ostra. Nić jest cienka. Cała siła, jaką w nią włożysz, idzie w pasek szerokości włosa, a ty sam sobie ten nacisk robisz.
Do osady szedłem z nim tak wolno, że zdążyłem policzyć własne kroki i pożałować, że nie mam nic lepszego do liczenia.
Włókna nikt tu nie zwija, bo zwinięte przestaje być włóknem. Targ to las pałąków: każdy odcinek napięty na wygiętym żebrze z gruzu, końce zaklepane, żebro pcha na zewnątrz, nić ciągnie do środka i obie strony trzymają się nawzajem przy życiu. Handlarz podnosi taki pałąk, brzdąka w nić i słucha. Kupujący też brzdąka. Nikt nie ogląda nici, tylko jej słucha, bo ton mówi, ile w niej naciągu, a naciąg mówi, czy będzie jeszcze żyła jutro.
Pieniędzy nie mam. Mam smar, którego tu nikt nie chce, mam złącza gwintowane, których nie ma po co kręcić w świecie bez śrub, i mam kanister rozpuszczalnika, w którym zostało mniej, niż mi się wydawało. Wyjąłem rozpuszczalnik i zapytałem, czy ktoś chce.
Chcieli wszyscy. Okazało się, że każdy zbieracz ma gdzieś w kącie skrzynkę z grudami — z tym, co zwiotczało w nocy, kiedy prąd nad szczeliną osłabł, i skleiło się nie do rozdzielenia. Trzymają to, bo nie umieją wyrzucić. Rozpuszczalnik rozkleja. Nie ożywia, ale rozkleja, i wtedy przynajmniej włókno da się użyć na krótkie wiązania.
Handlowaliśmy długo, bo oni nie umieją się spieszyć nawet w rozmowie. Wyszedłem z targu z dwunastoma pałąkami, pustym kanistrem i jedną tubą smaru, którą wziął ode mnie dzieciak, chyba z uprzejmości.
Rozciąłem się w drodze powrotnej. Szedłem z pałąkami pod pachą, w grawitacji, w której człowiek zawsze idzie o pół kroku za szybko, potknąłem się o własną nogę i wyciągnąłem rękę odruchowo, mocno, w bok. Nić weszła w rękaw nad nadgarstkiem jak nóż w masło i wyszła po drugiej stronie. Poczułem najpierw syk, potem chłód, potem ciepło.
I wtedy zaczęło się to, co w tym dniu było najgorsze: musiałem wracać wolno.
Kombinezon gwizdał mi przy uchu i pokazywał, ile mam. Wyszło, że mam dość, jeśli pójdę spokojnie, i nie mam nic, jeśli pobiegnę, bo biegnąc zbiorę na siebie jeszcze trzy albo cztery takie nici. Ścisnąłem rozcięcie lewą dłonią i szedłem jak stary człowiek po lodzie, nogę za nogą, licząc do dwóch przy każdym kroku, i przez całą tę drogę myślałem o tym, żeby nie myśleć o tym, jak blisko jest Hanna.
Doszedłem. Zakleiłem rękaw od środka, potem rękę. Rana jest wąska, głęboka i czysta jak po skalpelu, i krwawi mniej, niż na to zasługuje.
Pałąki stoją teraz w ładowni, poupychane między szafkami, każdy napięty własnym żebrem. Przy każdej zmianie ciągu nici odzywają się wszystkie naraz, każda innym tonem, i cichną dopiero po chwili. Przy hamowaniu do Ambratu grały przez dobre pół godziny. Leżałem na koi z ręką na piersi i słuchałem, jak ładownia stroi się sama do siebie, i pomyślałem, że powinienem sprawdzić, która nić brzmi najniżej, bo to będzie ta, którą pierwszą trzeba dać Osze pod korbę.
Nie sprawdziłem. Zasnąłem przy trzeciej.