Dzień 45. Pięć i pół obrotu
Liczba, którą podałem Vaulowi, nie wyszła mi z głowy przez całą noc. Sto czterdzieści metrów, jedenaście obrotów na centymetr, minus to, co zrobiliśmy. Sto pięćdziesiąt kilka tysięcy obrotów korby. Otha ma z głowy dwa tysiące i uważa, że to postęp. Ja policzyłem, ile to znaczy, jeśli ktoś kręci od oględzin do południa, i wyszło mi, że przy takim przełożeniu ten frachtowiec dojedzie do wrót już bez nas.
Przełożenie da się zmienić. Nie w przekładni — ta jest zalana, zaklepana i nie po to zrobiona, żeby ktoś w niej grzebał. W torze liny. Lina idzie od bębna przez zblocze na słupie, potem z powrotem na krążek przy dziobie, znów na słup, znów na dziób — cztery krotności. Cztery razy większa siła, cztery razy mniejszy przesuw. Wystarczy przewlec ją tak, żeby chodziła na dwóch, i mam pięć i pół obrotu na centymetr zamiast jedenastu, a Osze zostanie do zakręcenia nie sto pięćdziesiąt tysięcy, tylko o połowę mniej. W zamian lina będzie ciągnąć dwa razy mocniej za korbę.
Poszedłem z tym do rejestratora, zanim zabrałem się do roboty, bo wiem już, jak to tu działa.
— Chcę przełożyć linę na dwie krotności — powiedziałem. — To ta sama wciągarka, ta sama lina i ten sam hol. Tylko szybciej.
— Czy w czasie przekładania jednostka się przemieszcza?
— Nie. Stoi na zapadce.
Rejestrator wyjął notes, popatrzył w niego dłużej, niż potrzebował, i powiedział zdanie, które sobie zapisałem, bo było najuczciwsze, jakie tu słyszałem:
— Ja nie mierzę kręcenia. Ja mierzę kreskę. Jutro przed południem przyłożę miarkę do kreski z dzisiaj. Jeśli się ruszy, hol trwał. Jeśli się nie ruszy, hol nie trwał. Co pan robił w tym czasie, nie wchodzi do rejestru.
— A jeśli to będzie inna wciągarka?
— Wtedy będzie inna sprawa. Ale to pytanie zadam jutro, nie dziś.
Wyszedłem z tego z jednym wnioskiem: mam czas do oględzin i muszę nadrobić więcej niż wczorajsze osiemnaście centymetrów.
Brakowało mi krążka. Kątownik z pola złomu zużyłem na drugie ramię korby, ale pole złomu jest duże i dygocze, a wszystko, czego nikt nie trzyma, leży tam niczyje. Znalazłem koło linowe od jakiegoś dźwigu, z zatartym łożyskiem, ale z całym wieńcem. Do rozpuszczalnika i tuby smaru — a smar mam, jedno, co mam w nadmiarze — to godzina roboty.
Kłopot był z niesieniem. Trzymałem krążek, więc był mój, dopóki go trzymałem, a musiałem się z nim wdrapać na słup hali, a na słup nie wchodzi się z jedną ręką zajętą, zwłaszcza tutaj, gdzie skorupa co chwilę podchodzi i człowiekowi na drabinie zmienia się pion. Puścić też nie mogłem. W tej grawitacji rzecz puszczona na wysokości słupa leci długo, bardzo długo, i przez cały ten czas jest niczyja. Pod słupem stało już dwoje: starszy złomiarz i chudy młody, oba rzędy palców rozwarte, głowy do góry. Nie robili nic złego. Czekali, jak się czeka na owoc.
Zrobiłem to, co zrobiłem Treskowi. Opaska z drutu wokół nadgarstka, przez ucho krążka, dwa obroty i zaklepane. Sztywne, przykręcone, nie do zsunięcia — dokładnie ta konstrukcja, którą urząd celny uznał już raz za ciągłą styczność. Wszedłem na słup z krążkiem dyndającym mi przy ręce i przez całe wchodzie wiedziało, że mnie waży.
Ci dwoje stali pod słupem jeszcze przez dobrą chwilę po tym, jak było jasne, że nic nie spadnie. Potem odeszli bez słowa. Nie obraźliwie. Po prostu przestało być po co.
Przekładanie zajęło mi resztę przedpołudnia. Zapadka na bębnie trzymała, kliny pod płozami trzymały, lina ani razu nie zluzowała do końca — pilnowałem tego, choć nikt mnie o to nie prosił, bo napięta lina, którą się przewleka, jest robotą nieprzyjemną, a zluzowana lina, którą się potem napina na dwustumetrowym kadłubie na blachach, jest robotą głupią. Krążek na słupie został na swoim sworzniu, tylko przestał brać linę. Drugi, zdjęty z dziobu, przywiązałem do burty, bo nie było gdzie go położyć, a położony przestałby być czyjkolwiek.
O południu powiedziałem Osze, żeby kręciła.
Kręciła. Korba przeszła może pół obrotu i stanęła. Otha oparła się o nią całym sobą, oba rzędy palców na drugim ramieniu, i nie ruszyła jej dalej.
— Za ciężka — powiedziała. — Wcześniej to było jak nabierać wodę. Teraz to jest jak podnosić.
Przyłożyłem rękę do ramienia i przekonałem się, że nie kłamie. Dwa razy większa siła na korbie to, przy tej masie i tych blachach zamiast płóz, po prostu za dużo dla jednej osoby. I wtedy Otha zrobiła coś, o czym nie pomyślałem: czekała. Stała nad korbą bez ruchu i patrzyła w posadzkę, a potem szarpnęła raz, krótko, i korba poszła. Cały obrót. Potem znów czekała.
— Co pani robi?
— Kręcę, kiedy jest luźno.
Skorupa Ambratu dygocze ciągle, ale nie równo. Przychodzi falami i przy szczycie fali kadłub na chwilę odchodzi od posadzki tyle, że tarcie puszcza. Otha wyczuwa to nogami i dolnym rzędem palców, jak tutaj wszyscy, i trafia w szczyt bez patrzenia. Ja nie wyczuwam nic. Stałem obok niej pół godziny i nie nauczyłem się niczego oprócz tego, że czasem przestaje mi ciążyć skrzynka narzędziowa.
Potrzebowałem wskaźnika. Woda w naczyniu pokazuje to od razu — przy szczycie powierzchnia płaszczy się i idzie do brzegu. Naczynie w hali jest jedno. Miska.
Tresk trzyma tę miskę w lewej ręce od dnia, w którym go tu przywlekli. W prawej ma obejmę z nadajnikiem, przez którą trzyma jednostkę. Powiedziałem mu, co jest do zrobienia i że potrzebuję jednej miski i jednej ręki, i że ma i to, i to, ale nie jedno i drugie naraz.
Siedział pod burtą i myślał. Nadajnik zawodził mu pod ręką co dziesięć sekund, jak zawodzi od dni. Potem wstał, podszedł do kadłuba i postawił miskę na płozie. Nalałem do niej wody i cofnął rękę dopiero wtedy, kiedy przestałem lać.
Stanął przy drugim ramieniu korby. Obejma jest sztywna, więc kręci całym przedramieniem, sztywno, nieładnie, i raz na obrót nadajnik przechodzi mu koło twarzy i zawodzi mu prosto w ucho. Nie zdjął go. Nie mógłby.
Od południa do wieczora kręcili we dwoje, na sygnał z miski. Ja stałem przy misce i mówiłem „teraz”, dopóki Tresk nie przestał mnie potrzebować, co zajęło mu niecałą godzinę. Na obrót schodzi im teraz więcej czasu niż Osze samej, ale obrót jest wart dwa razy tyle co wcześniej, a szczyty przychodzą częściej, niż wygląda, kiedy się ich nie czuje. Odmierzyłem przesuw o zachodzie: w te kilka godzin zrobili tyle, ile wczoraj wyszło przez całą dobę, i trochę więcej.
Rejestrator przyszedł nad wieczorem, nie w porze oględzin, i patrzył na to z rękami z tyłu.
— Zadam pytanie dzisiaj, nie jutro — powiedział. — Lina, którą ciągnęliście rano, i lina, którą ciągniecie teraz, to jedna lina?
— Jedna. Ani razu nieodcięta.
Przyklęknął, przesunął dłonią po linie od bębna do słupa, wolno, bez pośpiechu, aż do krążka i z powrotem. Potem wpisał: hol ten sam, lina nieprzerwana, tor liny zmieniony, dwie dłonie.
Przy misce zatrzymał się na chwilę dłużej. Zapytał, czyja jest, i powiedziałem, jak było — że stoi, więc niczyja. Wpisał ją do rubryki narzędzi holu. Tresk zapytał, co się z narzędziami holu dzieje potem. Rejestrator powiedział, że po zakończeniu holu rozchodzą się do pierwszych dłoni, i że to zwykle idzie szybko.
Tresk kręcił jeszcze długo po tym, jak tamten wyszedł.