Dzień 44. Drugie ramię korby
- trzecie wazenie
Vaul przyszedł przed oględzinami, z ciągarką na wózku i z dwoma ludźmi do noszenia. Ciągarka ładna, z bębnem większym niż cały mój sprzęt, z silnikiem. Postawił ją przy wrotach, kazał rozwinąć linę i powiedział rejestratorowi, że przejmuje hol od tej chwili.
— Od której chwili — zapytał rejestrator.
— Od tej.
— To znaczy, że hol poprzedni ustaje kiedy?
Vaul powiedział, że kiedy ustaje, to ustaje. Rejestrator przyklęknął i przyłożył miarkę do wczorajszej kreski, bo miał to w planie dnia i nie zamierzał tego zmieniać. Osiemnaście centymetrów. Zapisał i wstał.
Potem wytłumaczył Vaulowi to, co Vaul i tak wiedział, tylko wolał nie pamiętać: między jednym holem a drugim jest chwila, w której nic nie ciągnie. Chwila, w której nic nie ciągnie, jest chwilą stania. Jednostka stojąca idzie do ważenia, ale idzie do ważenia jednostka niczyja, a nie jednostka w sporze, więc najpierw trzeba by rozstrzygnąć spór, a spór rozstrzyga się po trzecim ważeniu. Rejestrator powiedział to spokojnie, z tą swoją miną człowieka, który recytuje rozkład jazdy.
Vaul zaproponował, żeby jego lina napięła się, zanim moja zluzuje. Powiedziałem, że nie. Dwie liny pod kątem, na jednym kadłubie, przy podporach, które i tak siedzą na płozach z blachy — skręci mu to przód i wtedy będzie holował dwa kawałki zamiast jednego. To nie było prawo, tylko robota, i to akurat jedyna rzecz, której nikt mi tu dziś nie podważył.
Wtedy powiedziałem, że jest inne wyjście.
Wziąłem kątownik z pola złomu, ten, którym od czterech dni podważam wszystko, odciąłem na długość ramienia i przewierciłem dwa otwory. Wał korby ma na końcu kwadrat, zawsze miał, bo to wciągarka z czasów, kiedy zakładano, że ktoś może chcieć kręcić z drugiej strony. Nasadziłem, przykręciłem złączami z kupki numer trzy, sprawdziłem bicie. Bije, ale trzyma.
— Korba ma teraz dwa ramiona — powiedziałem. — Pański hol i mój hol to ten sam hol. Nikt nie puszcza, nic nie staje, pan kręci.
Rejestrator zapisał: hol wspólny, dwie dłonie, przemieszczenie zachowane. Otha przesunęła się o pół kroku, żeby zrobić Vaulowi miejsce, i nie przestała kręcić ani na obrót.
Vaul kręcił od oględzin do południa i trochę po. Na początku szybciej niż Otha, więc korba mu uciekała i musiał się dostroić; potem już szedł równo. Jego ludzie stali przy ciągarce i patrzyli. Około południa zapytał, ile jeszcze.
Podałem mu liczbę. Sto czterdzieści metrów, jedenaście obrotów na centymetr, odjąć to, co przeszliśmy. Wyszła liczba, której nie sposób było ogarnąć od razu.
— Na dobę?
— Razem.
Policzył sobie w górnym rzędzie palców, potem w dolnym. Kręcił jeszcze przez jakiś czas, już wolniej, i widać było, że liczy dalej. Potem puścił.
Rejestrator zapisał godzinę zerwania styczności i skreślił deklarację Vaula jedną linią, tą samą, w której ją wpisał dwa dni temu. Powiedział, że teraz pozycja jest jedna i nie wymaga rozstrzygnięcia. Vaul kazał ludziom zwinąć linę i zabrać ciągarkę. Nie powiedział nic nikomu, nawet Treskowi, który przez cały ten czas siedział pod burtą z obejmą na ręce i miską w lewej, i patrzył.
Drugiego ramienia nie zdejmowałem. Nie ma po co, a szkoda kątownika na dwa razy.
Po południu Otha powiesiła na nim miskę. Miska jeździ z korbą w kółko, raz na obrót przechodzi jej koło twarzy i Otha wtedy zabiera z niej jedną rzecz do jedzenia górnym rzędem palców. Mówi, że tak jej wygodniej niż trzymać, i że przynajmniej wie, ile zrobiła obrotów, bo liczy po posiłku.