Dzień 43. Jedenaście obrotów na centymetr
- trzecie wazenie
- dlug z varnu
Rejestrator przyszedł o tej samej porze co zawsze, czyli wtedy, kiedy dygot skorupy na chwilę siada i po hali przestaje chodzić ten niski szum. Przyklęknął, przyłożył miarkę do wczorajszej kreski, policzył.
— Dziewiętnaście.
— Dziewiętnaście — powtórzyłem.
— Przemieszczenie mierzalne. Hol trwa.
Zapisał i poszedł. Zajęło to mniej czasu niż jego dojście od drzwi do podpory. Zauważyłem, że przestał pytać, czy chcę coś zadeklarować. Pierwszego dnia pytał trzy razy.
Wciągarka od wczoraj klekotała na zapadce, więc po oględzinach rozebrałem ją do końca. Ta mała, z ładowni, kupiona dawno i nie do tego. Zapadka miała wyrobiony nos, sprężyna zmęczona, a w gnieździe siedziało tyle starego smaru, że dało się go wyjąć w jednym kawałku, jak korek. Wyszorowałem rozpuszczalnikiem, którego mam mniej, niż myślałem. Nos zapadki podciąłem pilnikiem i naprawiłem tak, jak się naprawia rzeczy, które i tak zaraz padną: pod kątem, żeby złapała głębiej, i z nadzieją. Sprężynę przegiąłem o dwa zwoje. Smaru mam dwie całe tuby, więc tym jednym nie musiałem się martwić, i to była najprzyjemniejsza rzecz dzisiejszego dnia — nakładać smar bez liczenia, ile go zostaje.
Otha stała obok z korbą w ręce przez cały ten czas, bo korba jest częścią holu, a hol jest czynnością, a czynność się nie przerywa dla konserwacji. Tak mi powiedziała, zanim zdążyłem zapytać. Trzymała ją w dwóch dolnych palcach lewej, luźno, a górnym rzędem jadła.
— Ile pan tam ma tych palców — zapytała.
— Pięć.
— Na jednej ręce.
— Pięć na jednej.
Pokiwała głową powoli, w taki sposób, że nie wiedziałem, czy to współczucie, czy rachunek.
— To jak pan trzyma, kiedy pan pracuje?
— Nie trzymam. Odkładam.
— Odkłada pan i to dalej jest pańskie?
— Tam, skąd jestem, tak.
Popatrzyła na moje ręce, potem na rozebraną wciągarkę rozłożoną na płótnie, cztery kawałki, każdy osobno, żaden niczyj, i nic nie powiedziała. Złożyłem ją z powrotem. Zapadka łapie równo. Klekot zszedł do stuknięcia raz na obrót i tego już nie da się usunąć niczym poza nową wciągarką.
Potem przekładanie płóz, bo frachtowiec zszedł z nich przednią podporą. Blachy Othy zostało jeszcze na dwie zmiany, może trzy, jak będę ciął oszczędnie. Ciąłem oszczędnie. Kątownik z pola złomu przydaje się do wszystkiego — podważam nim, rysuję nim kreski na posadzce, wczoraj mieszałem nim smar. Leży w warsztacie nierozliczony i podejrzewam, że przeżyje tu ze mną resztę tej sprawy.
Tresk siedział pod burtą swojego frachtowca z miską w lewej. Obejma trzyma się dobrze, sprawdziłem złącza, jedno doszło pół obrotu. Uszczelka pod kołnierzem sucha, bez śladów. Nadajnik zawodzi co dziesięć sekund, tak jak zawodził, i nikt na to nie odpowiada, bo nie ma po co — ma tylko nie milczeć. Zapytałem Treska, czy ręka mu nie drętwieje.
— Drętwieje.
— Chce pan, żebym poluzował?
— Nie.
Tyle było rozmowy. On mówi mało, a odkąd jego jednostka przestała być rzeczą leżącą, mówi jeszcze mniej, jakby oszczędzał. Przy trzeciej podporze zostawiłem mu podkładkę pod łokieć, wyciętą z resztki blachy. Nie powiedział nic, ale położył na niej łokieć.
W południe przyszedł trzymacz z urzędu. Ten sam, wynajęty na czas pobytu, dziewięć jednostek, płatne z góry, trzyma Hannę — to znaczy stoi przy niej i ma dłoń na łapie podwozia, zmieniając rękę co jakiś czas, żeby nie stracić czucia. Przyniósł aneks.
— Czas pobytu wyczerpany.
— Nie wyjechałem.
— Dlatego wyczerpany. Czas pobytu liczy się do najbliższego zdarzenia zamykającego. Pańskim zdarzeniem zamykającym miało być trzecie ważenie jednostki holowanej.
— Trzecie ważenie się nie odbędzie, bo jednostka jest holowana.
— Właśnie. Zdarzenie nie nastąpi, więc czas pobytu jest nieokreślony. Pobyt nieokreślony rozlicza się dziennie, wstecz, od dnia, w którym stał się nieokreślony.
— Czyli od dnia, w którym ogłosiłem hol.
— Od dnia, w którym hol został zapisany. Tam jest jedna doba różnicy na pańską korzyść.
Podpisałem. Dwie jednostki dziennie, czyli mniej, niż płacę Osze, i mniej, niż myślałem, bo spodziewałem się, że dopłata będzie od góry. Trzymacz zmienił rękę i wrócił pod Hannę. Nie usiadł ani razu przez cały dzień. Pytałem go kiedyś, co robi w nocy. Powiedział, że w nocy trzyma.
Wieczorem w Hannie. Kolacja z zapasów, ta z puszki, którą trzymam na dni, kiedy nie chce mi się myśleć o jedzeniu, i w zasadzie w tym momencie wszystkie dni takie są. Jadłem w warsztacie, bo w kabinie obieg drugi robi od dwóch dni ten świszczący dźwięk przy każdym rozruchu i słuchanie tego przy jedzeniu to za dużo naraz.
Przy okazji przejrzałem, co mam. Pół kompletu uszczelek kołnierzowych, nie licząc tej pod obejmą u Treska, więc raczej mniej niż pół. Pudełko złączy, niesortowanych, i wysypałem je na blat, bo to jest robota na wieczór, kiedy nic się nie dzieje: rozdzielić na kupki po gwincie i średnicy. Wyszło sześć kupek, w tym jedna kupka rzeczy, których nie rozpoznałem i które wróciły do pudełka. Rozpuszczalnika na dnie. Ogniw grzewczych nie mam żadnych. Smaru dużo.
Przyszła oferta. Terraformer na księżycu, którego nie znam, w układzie, do którego mam kawał drogi — wymiana kolumn wymiennikowych w sekcji dolnej, dwa razy tyle, ile wystawiłem za całą sprawę na stacji głosowania, i to bez dojazdu, bo dojazd oddzielnie. Termin: zgłoszenie się w ciągu dwudziestu dni.
Siedziałem nad tym z kupkami złączy wokół. Sto czterdzieści metrów do wrót hali, potem jeszcze plac. Dziewiętnaście centymetrów dziennie w dobrym dniu, siedemnaście w normalnym, a jak skorupa weźmie mocniej, to dziesięć i przekładanie płóz.
Odpisałem, że nie przyjmuję. Nie napisałem dlaczego, bo nie umiałem tego zmieścić w trzech zdaniach, a w więcej mi się nie chciało. Nie pamiętam, kiedy ostatnio odmówiłem robocie, która płaci.
Z Varnu dzisiaj nic. Odkąd rachunek przyszedł niższy o jedną jednostkę i zapytałem, czy obniżka jest jednorazowa, jest cisza. Po raz pierwszy od bardzo dawna to Varnu mi nie odpisuje, a nie odwrotnie, i muszę przyznać, że w tym jest coś nieprzyjemnego, czego nie umiem nazwać.
Potem policzyłem wciągarkę. Zmierzyłem bęben, sprawdziłem przełożenie, przeliczyłem przez linę. Wyszło gdzieś między dziesięć a dwanaście obrotów korby na centymetr przesuwu. Nie od razu w to uwierzyłem, więc rano zliczyłem obroty na odcinku i wyszło podobnie, z dokładnością, jaka mnie interesuje.
Sto czterdzieści metrów. Podzieliłem, pomnożyłem.
Rano pokazałem Osze liczbę. Popatrzyła na nią, policzyła coś w górnym rzędzie palców i powiedziała, że w takim razie ma już z głowy pierwsze dwa tysiące.