ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
042 ciąg dalszy · ambrat

Dzień 42. Hol musi się ruszać

  • trzecie wazenie

Wezwanie przyszło rano: stawić się z jednostką holującą i wykazać hol.

Wykazać hol. Myślałem, że chodzi o papier. Chodzi o linę.

Urzędnik przyszedł do hali z rejestratorem i z Vaulem, który szedł pół kroku z tyłu i miał minę człowieka, który już wie, jak to się skończy. Frachtowiec Treska stoi tam, gdzie stał, na trzech podporach, z tą moją obejmą na ręce Treska i nadajnikiem, który zawodzi równo.

— Jednostka zgłoszona jako holowana — powiedział urzędnik. — Holownik obecny?

— Obecny.

— Gdzie hol?

Pokazałem linę. Zapiąłem ją poprzedniego dnia, dwa zaczepy, ósemka na końcu, wszystko jak trzeba. Leżała luźno na posadzce łukiem.

Rejestrator zapisał w dwóch kolumnach, a urzędnik przykucnął i podniósł ją dwoma palcami z każdego rzędu.

— Lina zwisa. Zwisająca lina nie holuje. Holuje lina napięta.

— Holuje wtedy, kiedy ciągnę.

— Pan nie ciągnie. Pan stoi.

I tu jest sedno, którego nie przewidziałem, chociaż powinienem był, bo ten księżyc od trzech dni tłumaczy mi to samo na wszystkie możliwe sposoby. Holowanie nie jest tu stanem prawnym. Jest czynnością. Czynność, która się nie odbywa, nie odbywa się wcale. Jednostka, którą się holuje, musi się przemieszczać, bo inaczej jest jednostką stojącą, a jednostka stojąca bez sygnału idzie na ważenie i po trzecim ważeniu leży.

— Jak szybko ma się ruszać? — zapytałem.

Urzędnik popatrzył na rejestratora. Rejestrator popatrzył w tabliczkę.

— Przepis nie podaje dolnej granicy.

— Czyli jakkolwiek.

— Czyli w sposób dający się zmierzyć między jednym oglądem a następnym.

Vaul odezwał się wtedy pierwszy raz. Powiedział, że gotów jest przejąć hol natychmiast i wyprowadzić jednostkę z hali w ciągu doby, co jest prawdą, bo ma czym, i że mój hol jest holem pozornym. Powiedziałem, że jego hol byłby holem szybkim, ale sprawa ratownicza jest moja, bo to ja przerwałem ciszę, i że przepis nie nagradza prędkości. Rejestrator zapisał obie rzeczy w tej samej linii, jedna nad drugą.

Zostało mi to, co zostało. Wciągarka ręczna z ładowni, ta mała, i posadzka, która dygocze, więc trzeba pod podpory podłożyć płozy, żeby frachtowiec nie schodził z powrotem przy każdym uderzeniu skorupy. Wyciąłem płozy z blachy, którą Otha ma na własność i której nikt od niej nie chce. Poszło z tego może pół metra.

Otha trzyma korbę. Nie ma wpisu, więc nie może trzymać cudzych rzeczy za pieniądze z urzędu, ale hol nie jest rzeczą, tylko czynnością, a czynność może wykonywać każdy, kto ma ręce. Sprawdziłem to trzy razy u rejestratora, bo byłem pewien, że gdzieś jest haczyk. Nie ma. Płacę jej cztery jednostki dziennie, czyli mniej niż urzędowemu trzymaczowi, i powiedziała, że to i tak więcej, niż dostawała za sto dwanaście dni stania przy stercie.

Frachtowiec przeszedł wczoraj dwadzieścia jeden centymetrów. Dziś siedemnaście, bo skorupa brała częściej i dwa razy musieliśmy przekładać płozy. Rejestrator przychodzi rano, przykłada miarkę do kreski na posadzce i zapisuje. Kreski rysuję kątownikiem z pola złomu, tym nierozliczonym, więc przynajmniej się na coś przydał.

Do wrót hali jest jakieś sto czterdzieści metrów.

Liczyłem wieczorem przy kolacji i wyszło mi, że przy takim tempie wyjdziemy stąd bliżej stu dni niż dziesięciu. Przy każdym obrocie korby Tresk jest o palec dalej niż był.

Wyszło?