Dzień 40. Dni pod blachą
- trzecie wazenie
Ogniw w porcie nie ma. Pytałem w trzech miejscach, wszędzie to samo: jak chcesz grzewcze, idź na pole za trzecią bramą, tam leży wszystko, co spadło z orbity przez ostatnie dwadzieścia lat.
Poszedłem pieszo, bo to blisko, a transport tutaj i tak polega na tym, że ktoś musi trzymać ładunek przez całą drogę i liczy sobie za to od kilometra.
Pole wygląda jak cmentarz, na którym wszyscy wstali. Sterty złomu, między nimi ścieżki, a przy każdej stercie stoi człowiek z ręką położoną na wierzchu. Stoją tak od rana. Zmieniają się bez odrywania — dwie dłonie nakładają się na siebie, dolna wysuwa się spod górnej, i to jest cała ceremonia. Przy każdej stercie wisi tabliczka z jedną liczbą. Myślałem, że to cena. To nie jest cena, to dni.
Bo tu rzecz trzymana krótko jest rzeczą wątpliwą. Skąd niby ją masz, skoro trzymasz od trzech dni? Może ktoś ją postawił, poszedł się napić i wróciwszy nie zastał. Za to rzecz trzymana od stu dni jest czysta jak łza, bo przez sto dni ktoś by się upomniał. Więc płaci się za staż. Ten sam kawałek blachy kosztuje trzy razy tyle, jeżeli stał pod czyjąś dłonią od zeszłej zimy.
Kupiec od ogniw miał tabliczkę z liczbą siedemdziesiąt cztery i minę człowieka, który wie, że mu rośnie.
— Chcę obejrzeć — powiedziałem.
— Oglądanie na podaniu zwrotnym. Świadek jest pański.
Świadkiem był chłopak, który siedział przy ścieżce specjalnie po to i brał pół jednostki od podania. Podał mi ogniwo z dłoni na dłoń tak, żeby nie było przerwy, chłopak powiedział głośno, że widzi, ja obejrzałem styki, oddałem tą samą drogą, chłopak powiedział, że widzi. Na jedno ogniwo poszło tyle czasu, ile u normalnych ludzi zajmuje wymiana całego zestawu. Pierwsze było przepalone. Drugie wyglądało nieźle i wtedy skorupa wzięła.
Ona tu bierze regularnie, długim niskim ruchem od dołu, jakby ktoś próbował wstać spod podłogi. Człowiek się przyzwyczaja przez trzy dni. Ten był dłuższy.
Sterta blach dwa stanowiska dalej ruszyła cała naraz. Przy niskiej grawitacji to nie spada, tylko schodzi — spokojnie, prawie dostojnie, i właśnie dlatego jest niedobrze, bo każdy zdąży pomyśleć, że zdąży odejść. Kobieta przy tej stercie zdążyła zrobić pół kroku. Potem pół pola przestało trzymać swoje sterty i zaczęło biec, co samo w sobie mówi o ludziach więcej niż ich przepisy.
Przygniotło jej lewe ramię i lewy bok, między dwie duże płyty. Górna płyta oparła się krawędzią o coś pod spodem i wisiała.
— Nie ciągnij — powiedziała, zanim jeszcze jej dotknąłem. — Trzymam.
Miała rękę w tym wszystkim po łokieć i palce zaciśnięte na brzegu blachy, której nawet nie było widać.
— Ile masz na tabliczce?
— Sto dwanaście. To nie moje. Trzymam dla kupca z drugiej bramy, jestem z urzędu.
Czyli gorzej, niż myślałem. Jak trzymacz z urzędu puści cudze, to płaci z kaucji i traci wpis, a z wpisem i tak stoi tu pół rodziny.
Miałem przy sobie to, co zwykle: cztery kliny z listwy, te co je wyciąłem na blat, grot, latarkę. Klinami podbiłem górną płytę przy krawędzi, dwa z jednej strony, jeden z drugiej, żeby nie zeszła niżej przy następnym uderzeniu. Liczyłem między jednym dygotem a drugim i wychodziło mniej więcej tyle samo, więc miałem swoje okno i wiedziałem, ile trwa. Grotem próbowałem podważyć dolną. Cienki, wygiął się od razu, bo to jest grot do skrobania, nie do podnoszenia.
Ze sterty wystawał kawałek kątownika. Sięgnąłem po niego i usłyszałem za plecami, jak ktoś wciąga powietrze, bo na Ambracie sięganie po cudzy kątownik leżący bez dłoni jest czynnością prawną. Wziąłem go. Podważyłem. Blacha uniosła się na tyle, że jej ramię przestało być ściśnięte, ale nie na tyle, żeby wysunąć dłoń bez otwarcia palców.
— Otwórz rękę — powiedziałem.
— Nie.
— To ci ją zostawię tam razem z resztą.
— Nie.
Leżała, była biała, i była w tym absolutnie konsekwentna. Przy takich ludziach nie ma sensu dyskutować, trzeba im dać coś, czego nie mogą odmówić.
Metr dalej leżała blacha, która zjechała z wierzchu przy pierwszym ruchu. Podsunąłem jej ją pod prawą dłoń.
— Chwyć. Mocno. I dopiero wtedy puść tamtą.
Zrobiła to. Wyciągnąłem lewą rękę, kątownik puścił, górna płyta usiadła na klinach i skorupa wzięła po raz kolejny, akurat kiedy odciągałem ją za pas. Dwa kliny pękły. Trzeci trzyma tam pewnie do dzisiaj.
Medyk przyszedł po chwili i zabandażował jej przedramię razem z blachą, bo blachy przed rozstrzygnięciem wyjąć nie wolno. Siedziała więc z ręką przymocowaną do kawałka złomu, a złom sterczał jej spod bandaża jak niedokończone skrzydło.
Rejestrator przyszedł przed medykiem. To jest u nich pilniejsze.
— Kto widział zerwanie styczności?
— Ja.
Miał tabliczkę i dwa rzędy palców, którymi pisał jednocześnie w dwóch kolumnach.
— Czy w chwili przełożenia ręki styczność z rzeczą była nieprzerwana?
— Ze stertą tak. Przekładała z jednego kawałka na drugi, palce zamknęły się na drugim, zanim otworzyły się na pierwszym. Widziałem z odległości dłoni.
— Czy rzecz druga należała do sterty?
I to jest to pytanie. Bo blacha leżała metr od sterty, sama, zeszła z wierzchu przy pierwszym ruchu i leżała tam już bez niczyjej dłoni, czyli była rzeczą leżącą, czyli była niczyja, czyli w chwili, kiedy Otha ją ścisnęła, przestała trzymać cudzą stertę i zaczęła trzymać swoją własną blachę. Sto dwanaście dni poszło w błoto, kupiec z drugiej bramy sprzedaje od jutra złom wątpliwy, a ona ma z tego jedną wygiętą blachę na własność i wpis o zerwaniu.
Nikt tego nie widział. Był pył, wszyscy patrzyli na jej rękę, a blach na tym polu leżą tysiące i żadna nie ma na sobie napisane, skąd zeszła.
— Nie — powiedziałem. — Leżała osobno. Zjechała przy pierwszym ruchu, zanim tam podszedłem.
Rejestrator pisał dwiema kolumnami i nie podniósł głowy. Kupiec podniósł. Powiedział coś, czego nie zrozumiałem, i już mi ogniwa nie sprzedał, nawet tego przepalonego.
Otha siedziała na ścieżce i patrzyła na swoją zabandażowaną rękę ze sterczącym kawałkiem.
— I tak bym to powiedziała — odezwała się po chwili. — Pytaliby mnie osobno. Gdybyś zeznał inaczej, musiałabym cię prostować.
Zapytała potem, czy to, co teraz ma, jest coś warte. Obejrzałem. Blacha cienka, wygięta w łuk, przepalona z jednej strony, do niczego. Powiedziałem, że do niczego.
— Dobrze — powiedziała. — To chociaż mam pewność.
Na bramie musiałem rozliczyć kątownik. Można było puścić go przy świadku i zostawić na polu, ale wtedy leżałby tam do jutra jako rzecz niczyja i ktoś by go podniósł, a ja się nim dziś napracowałem. Wyniosłem. Leży teraz w warsztacie w gnieździe po rozpuszczalniku, pół metra brudnego kątownika, którego nie chciałem i za który nie zapłaciłem.
Grot się wygiął w połowie długości. Na zimno się takiego nie prostuje, pęknie. Zostawiłem, jak jest.
Wracając widziałem, jak przy tej stercie stawiają nową tabliczkę. Liczba na niej: jeden.