ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
039 cisza · ambrat

Dzień 39. Miska w lewej ręce

  • trzecie wazenie

Nic. Cały dzień nic, i dobrze.

Hol trwa, więc siedzę. Trzymacz trzyma przewód w hali, ja płacę za pobyt po pełnej stawce, a jednostka Treska zawodzi co dziesięć sekund i nikomu nie przeszkadza. Sprawdzałem rano. Sprawdzę wieczorem. Więcej się tam nie da zrobić.

Zająłem się blatem. Na Ambracie nic postawione nie zostaje postawione — skorupa chodzi bez przerwy, drobno, z dołu, i po pół godziny pudełko ze złączami stoi już na drugim końcu warsztatu, a wkrętak jest pod szafką. Miałem to od trzynastu dni i za każdym razem klęczałem. Dziś wyciąłem z resztek listwy sześć klinów i przykręciłem je do blatu tak, żeby zrobiły cztery gniazda: na pudełko, na rozpuszczalnik, na obie tuby smaru i na zwinięty drut z rozebranego ogniwa. Drutu nie ruszam. Leży zwinięty i niech leży zwinięty.

Potem zrobiłem przegląd tego, co zostało, bo od Oskry nie liczyłem.

  • uszczelki kołnierzowe: pół kompletu, po obejmie
  • złącza gwintowane: pudełko, dalej wymieszane, dalej nieposortowane
  • ogniwa grzewcze: żadnego, jedno pracuje u Treska, drugie jest drutem
  • rozpuszczalnik: mniej niż myślałem
  • smar łożyskowy: dwie tuby, całe
  • rura ciśnieniowa: nie ma

Kabina zimna. Spałem w kurtce i nic mi się nie stało.

W południe poszedłem jeść do hali portowej, bo na pokładzie zostały same brykiety i nie chciałem ich ruszać. Jedzenie tu wydają w miskach z uchem i trzeba je trzymać przez cały posiłek, bo miska odstawiona jest rzeczą niczyją. Miejscowi mają na to dwa rzędy palców: dolnymi trzymają miskę, górnymi jedzą. Ja mam jeden rząd. Je się więc lewą ręką trzymając, prawą łyżką, a chleb się przegryza tak, jak się da. Między stołami chodzą dzieci i patrzą na ręce.

Przy trzecim stole siedziała kobieta z jednym rzędem palców i miską wciśniętą między dwa kliny przykręcone do blatu. Kliny miała własne, w kieszeni. Przyjrzałem się, jak są zrobione, i wtedy ona przyjrzała się mnie.

— Gripe — powiedziała. — Studnia jonowa, pole trzecie.

Nie pamiętałem. Powiedziałem, że nie pamiętam.

— Byłam na trzeciej zmianie, przy przesypie. Pożyczyłeś mi grot, bo swój upuściłam w lej. Cienki, z krótkim trzonkiem. Miałeś do mnie o niego przez dwie doby.

To pamiętałem. Grot pamiętam lepiej niż ludzi, to chyba wada zawodowa.

Wyjęła go z torby. Leżał tam między dwiema kartami przepustek, wytarty, z opalonym końcem.

— Nosiłam go szesnaście lat — powiedziała. — Nie żebym miała wyrzuty. Po prostu był w torbie.

Chciała mi go oddać i musiała to zrobić tutejszym sposobem, bo jesteśmy na Ambracie: położyła go na wewnętrznej stronie dłoni, poczekała, żeby ktoś obcy to widział, i powiedziała, że puszcza. Świadkiem był chłopiec, który akurat czekał na czyjąś miskę i wyraźnie miał nadzieję, że któreś z nas się pomyli. Wziąłem grot od spodu, nie przerywając jej styczności, i przez chwilę trzymaliśmy go oboje, jak dwoje ludzi, którzy nie wiedzą, co dalej mówić.

— Teraz twój — powiedziała.

Zapytałem, czym lata. Powiedziała, że kontroluje ładunki na cudzym i że wychodzą wieczorem na trzy skoki w drugą stronę niż ja. Dopiła i poszła, a kliny zabrała ze sobą, bo nie są tu do zostawiania.

Grot jest za cienki do wszystkiego, co teraz mam. Włożyłem go do gniazda przy rozpuszczalniku, żeby nie chodził po blacie.

Wieczorem w hali zawodziło co dziesięć sekund, może trochę wolniej, jednostajnie, jakby coś w Tresku liczyło sobie czas na własny sposób.

Wyszło?