ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
036 rozstrzygnięcie · ambrat

Dzień 36. Trzecie ważenie

Zawróciłem, bo przestało zawodzić.

Stałem na wysokim parkingu nad Ambratem i czekałem na okno w stronę Oskry, a w słuchawce miałem cały czas tę halę — nie nadawanie, tylko dudnienie przez skorupę, bo tam wszystko dygocze i wszystko słychać. Nadajnik Treska szedł równo, co osiem sekund, przez pół doby. Potem był jeden krótszy sygnał, jakby ktoś przycisnął mu gardło, i już nic.

Zszedłem. Opłata za lądowanie poza kolejnością, siedemnaście jednostek, płatne z góry, bo „po” u nich nie istnieje.

Trzymacz stał przy pustym stanowisku. Ten sam chudy, z czterema rzędami. Trzymał powietrze na wysokości tylnego kołnierza, tam gdzie kołnierz był, zanim odleciałem.

— Pan nie wymeldował pobytu — powiedział. — Pobyt trwa.

— Trzymałeś nic przez dobę.

— Trzymanie nieobecnej jednostki idzie po trzy — powiedział. — Taniej, bo lżejsze.

Dopłaciłem i poszedł ze mną do hali.

W hali wagowej stało ich pięcioro nad Treskiem, półkolem, z rękami trzymanymi nisko, tak jak się tu trzyma ręce, kiedy się czeka, żeby coś wziąć. Nie dotykali. Tresk siedział pod ścianą z głową opartą o kant listwy i oddychał tak, jak oddycha człowiek, który przespał dwanaście dni po dwunastu dniach bez spania. Obejma trzymała. Nadajnik milczał.

Mierniczy z urzędu kucał przy nim i miał wsunięte dwa górne palce pod kratkę głośnika. Wyjął je, coś zapisał.

— Pierwszy pomiar bez sygnału — powiedział do tych pięciorga. — Cisza liczona od pierwszego. Trzy pomiary, po jednym na ważenie. Po trzecim jednostka jest rzeczą leżącą.

Waga w hali szła wolno. Z tego, co widziałem wcześniej, ważą skrzynie partiami i między jedną a drugą partią jest tyle czasu, ile trzeba, żeby wyrównać dygot na szalach. Miałem dwa ważenia.

Jeden z tych pięciorga był większy od reszty i miał na przedramieniu opaskę portową. Vaul. To on trzymał frachtowiec Treska — to znaczy jego ludzie trzymali, na zmianę, palec za palcem, od dwunastu dni, jak wąż, i wszystko to było w papierach jako czynność ratownicza, a nie własność, dopóki wezwanie trwało. Ratownik trzyma. Właściciel ma. Różnica jest jedna i dokładnie na nią czekał.

— Pan mu to przykręcił — powiedział do mnie bez złości, raczej z zawodowym uznaniem. — Dobra robota. Dwanaście dni.

— Trzynaście.

— Trzy ważenia — powiedział i odszedł pod wagę, żeby nie stać nade mną.

Obudziłem Treska i obejrzałem nadajnik. Nie było nic do zgadywania: ogniwo. Stary typ, zalane, nadaje do końca i nie ostrzega, bo po co ostrzegać kogoś, kto tonie. Ogniwo siedzi pod pokrywą, pokrywa na czterech śrubach, a pokrywa jest częścią jednostki.

— Jak zdejmę pokrywę, rozbieram jednostkę na części — powiedziałem. — Części nie nadają.

— To niech pan nie zdejmuje — powiedział Tresk.

W obudowie był otwór kontrolny pod zaślepką, wielkości paznokcia, do sprawdzania napięcia na zaciskach. Zapytałem mierniczego, czy zaślepka jest jednostką.

Wsunął palec, pomacał, pomyślał.

— Zaślepka nie nadaje — powiedział. — Zaślepka jest rzeczą.

Podważyłem ją wkrętakiem. Chłopak stojący najbliżej wyciągnął dolną rękę, złapał ją w locie i powiedział „moje”. Nikt się nie odwrócił. Zaślepkę mam odnotowaną jako stratę, bo była z kompletu.

Dalej było już tylko rzemiosło, tyle że przez dziurę na paznokieć, na ślepo i na rozdygotanej planecie. Zaciski są dwa, leżą płytko pod otworem, i można do nich dojść cienkim grotem, jeżeli się ma czym oprzeć rękę. Nie miałem czym. Kolano Treska drżało razem ze skorupą, ściana też, wszystko tam drży, dlatego oni mają te palce. W końcu zrobiłem podpórkę z wkrętaka i skrzynki, klin wcisnąłem tam, gdzie dygot był najsłabszy, i lutowałem w takt. Ambrat chodzi równo, to się da złapać. Trzeba tylko nie spieszyć się z odjęciem grotu, bo inaczej wychodzi zimny lut, a zimny lut poznaje się po tym, że działa akurat tak długo, żeby człowiek zdążył odlecieć.

Zasilanie wziąłem z ogniwa grzewczego, tego zapasowego. Daje za dużo, i to sporo za dużo — nadajnik przyjmuje napięcie małe, a ogniwo jest robione do grzania kabiny. Potrzebowałem oporu szeregowego, a w ładowni nie mam rezystorów, mam złącza gwintowane, smar i rozpuszczalnik. Drut oporowy o właściwej rezystancji był w Hannie dokładnie jeden: spirala z drugiego ogniwa, tego, które od trzynastu dni grzało mi kabinę.

Poszedłem po nie i je rozebrałem. Odmierzyłem drut, resztę zwinąłem, spiralę wygiąłem w powietrzny wężyk i wpiąłem szeregowo przed zaciskiem.

Nadajnik zaczął zawodzić w połowie mojego wdechu. Niżej niż przedtem i wolniej, co dziewięć sekund albo i dziesięć, bo dostaje mniej, niż był przyzwyczajony dostawać. Tresk zamknął oczy.

Mierniczy odnotował drugi pomiar: sygnał obecny. Cisza przerwana, licznik skasowany.

Wtedy podszedł Vaul, spokojnie, i złożył wniosek. Trzeba mu oddać, że złożył go od razu i że był dobry.

— Jednostka zasilana z zewnątrz nie jest jednostką samodzielną — powiedział. — Jednostka niesamodzielna jest jednostką holowaną. Jednostka holowana nie jest jednostką w niebezpieczeństwie, bo już jej pomożono. Wezwanie wygasa.

Urzędniczka przyszła z drugiego końca hali z linijką i przeczytała linijkę.

— Zgadza się — powiedziała.

— To znaczy, że jestem holownikiem — powiedziałem.

Cisza. Mierniczy przestał pisać.

— Hol jest czynnością ratowniczą — mówiłem dalej. — Dopóki hol trwa, sprawa ratownicza jest otwarta. Zamyka ją zdanie jednostki w porcie, a ja jej jeszcze nie zdałem. Wezwanie nie wygasa, tylko zmienia rubrykę.

Urzędniczka wysunęła oba rzędy palców i przejechała nimi po przewodzie od ogniwa do obejmy, całą długością, z góry i ze spodu, tak samo jak wtedy szukała szczeliny pod blachą. Popatrzyła jeszcze chwilę, jakby ważyła coś w rękach, i schowała palce.

— Linia holownicza — powiedziała. — Przyjmuję. — Zapisała to w rubryce, a pod spodem zostawiła miejsce niewypełnione.

— Holownik trzyma linę — dodała po chwili. — Nieprzerwanie.

Więc trzymacz przeniósł rękę z powietrza przy stanowisku czternaście na przewód i trzymał ją tam odtąd bez ruchu. Zapłaciłem mu za dalszy pobyt, tym razem po pełnej stawce, bo lina jest przedmiotem obecnym.

Vaul stał jeszcze chwilę, patrzył na ogniwo, a potem zapytał mnie rzeczowo, jak fachowiec fachowca, na ile tego starczy.

Policzyłem przy nim. Ogniwo grzewcze na tak małym poborze, z oporem w szereg, przy tej temperaturze hali — wychodzi na jakiś czas, dłuższy niż tydzień, o ile nikt nim nie ruszy. Tyle mu powiedziałem.

Mierniczy zapisał to w rubryce przewidywanego zaniku sygnału i podał kartkę urzędniczce, a urzędniczka podała ją mnie, przez świadka, z tym całym puszczaniem na znak. Vaul wyjął swoją tabliczkę i zapisał sobie to samo.

Kabina jest zimna, tak jak była wcześniej. Człowiek się przyzwyczaja w jeden wieczór, a odzwyczaja przez pół nocy.

Przed startem zajrzałem do hali. Tresk spał, trzymacz trzymał przewód, waga szła. Zawodziło co dziesięć sekund i brzmiało to tak, jakby ktoś ciągnął to z bardzo daleka.

Obaj mają zapisaną tę samą datę.

Wyszło?