Dzień 34. Port, w którym nic nie leży
- sygnal spod oskry
Rachmistrzyni wyliczyła mi taryfę intensywną na piąte odgałęzienie i pokazała linijkę z kwotą, płaskim pismem, bez komentarza. Za samo wystukanie im jednej wiadomości przy każdym dwunastym bąblu wychodzi więcej, niż mam. A mam rurę ciśnieniową, jedno ogniwo grzewcze i pudełko złączy, które kiedyś były w jakimś porządku.
Poleciałem sprzedać rurę.
Habitat dostał polecenie: liczyć bąble w czwartej nitce i nic więcej nie robić. Powiedział, że nic więcej i tak nie umie, i że to rubryka, którą lubi.
Oskra od zewnątrz wygląda, jakby ktoś ją co chwilę popychał łokciem. Wychodzenie z jej okolicy polega na tym, że się nie planuje kursu, tylko czeka, aż ona sama przestanie zasłaniać kierunek. Przez pół drogi słuchałem pasma i nic nie było. Potem był Ambrat.
Ambrat to księżyc, którego drugi olbrzym miesza od środka. Grawitacja jest tam taka, że człowiek chodzi ostrożnie, żeby nie odlecieć na własnym kroku, a skorupa drga bez przerwy — nie trzęsienie, nic groźnego, tylko ciągłe, drobne dygotanie, jak w kadłubie przy złym łożysku. Efekt jest jeden: tam nic nie leży. Wszystko, co się postawi, po jakimś czasie wędruje. Postawione narzędzie odjeżdża, odłożona skrzynia odjeżdża, kubek odjeżdża i nie wraca.
Z tego mają swoje prawo, którego nie dowiedziałem się z tablicy, tylko z cła.
Podałem urzędniczce spis ładunku. Nie wzięła.
— Proszę trzymać — powiedziała.
Trzymałem. Ona położyła na tym samym papierze trzy palce z rzędu dolnego, dwa z górnego, i dopiero wtedy zaczęła czytać. Ma dwa rzędy palców, wszyscy tam mają, długie i cienkie, i cały czas coś nimi trzymają, nawet jak nie trzymają nic — zamykają je i otwierają, jakby sprawdzali, czy jeszcze chwytają.
— Rura ciśnieniowa, dwanaście metrów — przeczytała. — Kto ją trzyma?
— Leży w ładowni.
Podniosła wzrok i zrobiła tymi palcami coś, co chyba było zdziwieniem.
— Rzecz, której nikt nie dotyka, jest rzeczą niczyją — powiedziała. — Nie mogę wpisać właściciela, bo pan nim nie jest. Może pan nim być od momentu dotknięcia.
— A statek? Statku też mam nie puszczać?
— Jednostka ma prawo do jednego trzymacza z urzędu, płatnego z góry. — Wysunęła drugą rękę i jednym z dolnych palców wskazała za siebie. — Tam siedzą.
Wynajęcie trzymacza kosztowało mnie dziewięć jednostek za czas mojego pobytu, płatne przed, bo „po” u nich nie istnieje w tym przepisie. Dostałem młodego, chudego, z rękami jak szczypce od lutownicy. Poszedł za mną do Hanny, przyłożył cztery palce do poszycia przy tylnym kołnierzu i tak został. Zapytałem, co będzie, jeśli mu ręka zdrętwieje.
— To druga — powiedział. — Mam cztery rzędy.
Przekazanie spisu z powrotem wyglądało tak: trzymaliśmy oboje, urzędniczka zawołała trzeciego, ten położył palec na narożniku, i na jego znak puściliśmy razem. Dokument należał przez moment do świadka. Świadek wziął za to jedną jednostkę i oddał mi go tą samą procedurą, tylko szybciej, bo miał kolejkę.
W hali wyładowczej usłyszałem sygnał ratunkowy.
Nie z pasma. Z powietrza. Nadajnik awaryjny, stary typ, z tych, co same zawodzą na głos, żeby dało się je znaleźć w dymie. Nadawał spod ściany, w miejscu, gdzie nie było żadnego statku i gdzie żadnego statku nie mogło być, bo to była hala, w której się waży skrzynie. Ludzie — to znaczy oni — przechodzili obok i nie odwracali głów.
Poszedłem, bo nie umiem nie iść.
Siedział pod ścianą człowiek, obiema rękami na obudowie nadajnika, przyciśniętej do brzucha. Ręce miał w takim stanie, w jakim ma się ręce po długim trzymaniu: palce sine, na nadgarstkach odgniecione ślady od kantu obudowy, skóra na kostkach popękana. Powiedział, że nazywa się Tresk i że nadaje dwunasty dzień.
Historię miał krótką. Cumował, poszedł podpisać opinię celną, a ponieważ na czas przejścia przez śluzę trzeba mieć obie ręce na poręczy, puścił burtę. Kiedy wrócił, jego frachtowiec dotykał już ktoś inny. Zgodnie z prawem — całkowicie zgodnie, sprawdziłem potem u urzędniczki, pokazała mi linijkę — od chwili puszczenia jednostka była niczyja, a niczyja rzecz należy do pierwszej dłoni.
— A ten? — pokazałem na nadajnik.
— To jest moja jednostka — powiedział. — Rejestr mówi, że jednostka w niebezpieczeństwie to ta, która nadaje wezwanie. Nadaję. Więc jestem jednostką i trzymam ją w rękach. Jak puszczę, to nie mam nawet tego.
Zapytałem, czy ktoś odpowiedział na wezwanie.
— Pan.
Siedziałem przy nim chwilę i liczyłem, co mam w ładowni. Potem poszedłem po rurę.
Uciąłem z niej odcinek trochę dłuższy niż jego przedramię, rozciąłem wzdłuż, rozgiąłem na kolanie i wyprofilowałem na obejmę. Kanty zdjąłem pilnikiem, bo obejma ma trzymać, a nie ciąć. Jako podkładkę pod skórę poszła uszczelka kołnierzowa, ta z kompletu i pół — gruba, miękka, i akurat do niczego innego mi się już nie nada. Z pudełka wyszły cztery złącza gwintowane w tym samym gwincie, co był małym cudem. Obudowę nadajnika przykręciłem do obejmy na dwóch, a obejmę spiąłem na pozostałych dwóch, na tyle ciasno, żeby styczność była stała, na tyle luźno, żeby krew szła. Gwinty przetarłem rozpuszczalnikiem, smar łożyskowy pod łby, żeby się nie zapiekły, jak będzie trzeba kiedyś odkręcić.
Robota była na pół dnia, z czego większość na dopasowaniu obejmy do jego ręki, bo ręka była spuchnięta i zmieniała się pod palcami.
Potem poszliśmy do cła.
— Rzecz musi być dotykana — powiedziała urzędniczka.
— Jest.
— Przez właściciela.
— Jest. — Pokazałem. — Przepis pani mówi o styczności, nie o pracy mięśni. Nigdzie nie pisze, że właściciel ma się męczyć.
Sprawdzała długo. Wsunęła jeden z górnych palców między obejmę a skórę, na całej długości, z góry i ze spodu. Szukała szczeliny. Nie było szczeliny.
— Styczność ciągła — powiedziała w końcu. — Przyjmuję. — I dopisała linijkę, a pod nią, jak to oni, zostawiła puste miejsce. Zapytała jeszcze, czy jednostka nadaje dalej.
— Nadaje.
— To dobrze — powiedziała. — Niezacumowana jednostka, która przestaje nadawać, jest rzeczą leżącą.
Tresk usiadł pod ścianą i zasnął w pół zdania, z ręką na kolanach. Pierwszy raz od dwunastu dni miał obie dłonie otwarte i nie wiedział, co z nimi zrobić, więc przez sen trzymał się nimi za łokcie.
Rurę sprzedałem. Nie za czterdzieści dwa, bo już nie było dwunastu metrów — kupiec wycenił po metrze i odjął mi za uciętą końcówkę więcej, niż ucięcie było warte, a potem transakcja i tak trwała pół godziny, bo dwanaście metrów rury musiało przejść z moich dłoni w jego tak, żeby ani na chwilę nie zostało niczyje. Wynajął do tego czterech trzymaczy. Stali w rzędzie, przekładali ją palec za palcem jak wąż, i kiedy ostatnia dłoń puściła, kupiec powiedział „moje” na głos, bo tak się tam mówi.
Trzymacz przy Hannie stał, gdzie go zostawiłem. Miał rękę przełożoną na drugą i patrzył w hale, na nic konkretnego.
Wyszedłem z atmosfery i przez dobry kawał drogi z powrotem do Oskry miałem ten nadajnik w słuchawce — słabo, bo to głośnik, nie nadawanie, ale Ambrat dygotał i całą halę słychać było przez skorupę jak przez podłogę. Zawodził równo. Nikt mu nie odpowiadał, bo już nie było po co.