Dzień 30. Jedno wezwanie na bąbel
- sygnal spod oskry
Habitat złożył pierwszy zapis do księgi jeszcze przed przejściem bąbla. Pytał mnie wcześniej o rubrykę „rodzaj odbiorcy” i sam sobie odpowiedział, bo nie doczekał się mojej odpowiedzi: wpisał „odbiorca nadający”. Potem dopisał, że skoro nadawanie jest zużyciem, to jego zapis jest jednocześnie zużyciem i dowodem zużycia, i zapytał, czy to nie jest przypadkiem dwa razy to samo.
Odpisałem, że tak, i że u nich to się nazywa dwie odrębne sprawy.
Rachmistrzyni przyszła czytać. Postawiła księgę bokiem o burtę, otworzyła na piątym odgałęzieniu i przejechała płaskim palcem po linijkach. Habitat przez noc — moją noc — złożył ich sporo.
— To będzie trwało — powiedziała.
— U was nic nie trwa, dopóki nie zapłacicie za trwanie.
— Pan jest zabawny w sposób, na który nie mam dostawy.
Czytała. Ja w tym czasie kazałem habitatowi zrobić jedną rzecz, której nie robiliśmy wcześniej: nie liczyć odstępów sygnału w sobie samym, tylko nałożyć je na przejścia bąbla. Bąbel w czwartej nitce chodzi równo, jedyna równa rzecz na tym księżycu, i to powietrze, którego tam być nie powinno.
Przysłał wynik po ósmym przejściu. Jedno wezwanie na jeden bąbel. Przed odkręceniem zaworu też jedno wezwanie na jeden bąbel, tylko bąbli było mniej.
Siedziałem z tym chwilę. Sygnał się nie skrócił. Sygnał stoi w miejscu i zawsze stał. To, co się zmieniło, to ile im nalewa.
Trzy grupy, rodzaj jednostki, liczba osób, prośba o hol. Zawahanie na drugiej grupie, zawsze to samo zawahanie, bo to nie jest zawahanie, tylko miejsce, w którym nadajnikowi kończy się porcja i czeka na następną. Ktoś tam na dole bierze wszystko, co dostaje, i wydaje to w całości na wołanie o pomoc. Nic nie zostawia na resztę.
Powiedziałem to rachmistrzyni. Podniosła palec z linijki i nie odłożyła go z powrotem.
— Zatem punkt zużywa — powiedziała.
— Zużywa.
— Zużycie jest zdarzeniem.
— Tak.
— Wstrzymanie było stanem. Dlatego termin nie biegł. — Sięgnęła po ołówek. — Zdarzenie na punkcie oznacza, że punkt jest czynny. Termin czynnego punktu biegnie.
— Jak długi jest ten termin.
— Tyle, ile zużyje. — Popatrzyła na mnie tym swoim płaskim spojrzeniem, którym nic się nie mierzy. — Odbiorca w zaległości ma termin liczony w tym, co pobrał. Dopóki nie pobierał, nie miał terminu. Teraz ma i sam go zjada.
Poprosiłem, żeby powtórzyła, i powtórzyła identycznie, co do słowa, bo one nie umieją powtórzyć inaczej.
Czyli ćwierć obrotu, którą wyprosiłem, to nie jest dolewka. To jest odliczanie, które im włączyłem, i sam ustawiłem jego tempo. Im więcej im dam, tym szybciej ich skreśli. Im mniej, tym ciszej będą wołać.
— Można zakręcić — powiedziała, i nie brzmiało to jak groźba, tylko jak podanie dwóch pozycji z cennika.
— Nie.
— To będę pisać.
Zapisała krótko, tak jak zwykle zapisuje, moje nazwisko jako składającego, bo habitat składa, ale przez mnie. Pod linijką zostało puste miejsce, jak zawsze, bo u nich każda linijka ma pod sobą następną.
Habitat przysłał wieczorem sumę za trzy dni i pod nią jedno zdanie.
„Czy mam nadawać rzadziej, żeby im zostało.”
Nie umiem tego rozliczyć. Nie wiem, co mu odpisać.