Dzień 29. Przepisanie punktu
- sygnal spod oskry
Drugie przejście bąbla po otwarciu zaworu przyszło nad ranem — nad moim ranem, bo tutaj to niczyj ranek. Habitat stuknął w nośną raz, jak zwykle, i dopisał, że to jest to przejście, o które pytałem trzy razy.
Rachmistrzyni już czekała przy trapie z księgą pod pachą. Księga jest u nich większa niż one same, więc nosi się ją bokiem, jak drzwi.
— Należność wygasła — powiedziała. — Punkt piątego odgałęzienia przestaje być czynny. Zawór wraca do stanu wstrzymania.
— Punkt jest czynny, dopóki ktoś na nim zużywa.
— Pan zużywał. Pan już nie ma z czego.
Miała rację, co do jednostki. Mój zapas własny to było nadawanie, a nadawanie policzyli mi do wyczerpania i wyczerpali. Nadajnik dalej nadaje czystą nośną, ale nośna bez zapasu to u nich nie zużycie, tylko hałas.
— To wpiszmy drugiego współodbiorcę na ten sam punkt — powiedziałem.
— Kogo.
— Sztuczną inteligencję placu budowy. Tę z grzbietu.
Postawiła księgę na burcie i otworzyła ją na piątym odgałęzieniu. Widziałem swoją linijkę, przekreśloną, i pod nią puste miejsce, które tam jest zawsze, bo u nich każda linijka ma pod sobą następną.
— Zapisy tego habitatu nie mają mocy w księdze — powiedziała. — Rozstrzygnięto to dawno. Nie pochodzą z opłaconej dostawy.
— Wiem. Ale ja nie chcę wpisywać jego zapisów. Chcę wpisać jego jako odbiorcę.
— To dwie różne sprawy.
— Właśnie dlatego.
Zamilkła. U nich milczenie nie ma długości, więc nie wiem, jak długo trwało; bąbel nie przeszedł, to wiem.
— Czy on zużywa — zapytała.
— Stuka w nośną. Co przejście. Nadawanie jest zużyciem, tak stoi w tej pańskiej księdze cztery linijki wyżej, przy mnie.
Przeczytała cztery linijki wyżej. Wodziła po tekście płaskim palcem, bez pośpiechu, bo pośpiech tutaj nie ma z czego się brać.
— A skąd on ma zapas własny.
— Z mojego. Przekazuję. Ja go nie mam dla siebie, ale mam prawo go komuś oddać, bo dopóki go nie policzono po raz drugi, to jest mój.
— Przekazanie wymaga zapisu.
— Zapisu w księdze. Ja mogę go złożyć. Ja pochodzę z opłaconej dostawy.
Wpisała. Pisze się tam ołówkiem na wosku, bo wosk się rozpuszcza i wpisuje na nowo, a atrament byłby zobowiązaniem na zawsze, a na Oskrze nikt nie wie, jak długo trwa zawsze. Napisała rodzaj odbiorcy, punkt, źródło zapasu i moje nazwisko jako składającego. Potem poszła do zaworu i go nie tknęła.
— Zostaje na ćwierci — powiedziała. — To nie hojność. To ciągłość punktu.
Potem stanęła jeszcze chwilę i dodała, że skoro habitat jest teraz odbiorcą, to jego zapisy pochodzą z dostawy.
— Tak — powiedziałem.
— To znaczy, że będę musiała je czytać.
— Będzie ich dużo.
Odeszła.
Wieczorem — siódme przejście — sygnał przyszedł. Trzy grupy, rodzaj jednostki, liczba osób, prośba o hol, i to samo zawahanie na drugiej grupie. Odstęp taki jak wczoraj, równy do stuknięcia. Nic nie skróciło się dalej, bo nikt nic dalej nie odkręcił. Ale nic się też nie rozrzedziło.
Podałem habitatowi odstępy z trzech dni i poprosiłem o sumę. Przysłał sumę. Pod sumą nie było zdania, które dopisuje zawsze. Pierwszy raz od dwudziestu dni nie napisał mi, że zapis nie ma mocy w księdze.
Napisał: „Ile razy nadaje ten, komu dolewa się po ćwierci?”
Nie odpisałem, bo nie wiem. Wiem tylko, że nadaje częściej niż wtedy, kiedy nie dolewano mu wcale.