Dzień 28. Osiem bąbli na dobę
- sygnal spod oskry
- dlug z varnu
Na Oskrze trzeba sobie dobę ustalić samemu, bo nikt ci jej nie poda. Ustaliłem, że moja doba ma osiem przejść bąbla w czwartej nitce. Nie dlatego, że osiem do czegoś pasuje, tylko dlatego, że po ośmiu chce mi się spać, a po siedmiu jeszcze nie.
Habitat liczy za mnie. Odzywa się co przejście, jednym stuknięciem w nośną, bez słowa, bo o słowa się umawialiśmy, że nie. Po ósmym stuknięciu przysyła sumę i zdanie, które dopisuje zawsze, żebym nie miał wątpliwości: „Zapis nie ma mocy w księdze.”
— Wiem — powiedziałem dziś do mikrofonu. — Ja też nie mam.
Nie odpisał. On nie żartuje, on tylko notuje.
Wziąłem się za kołnierz. Ten kupiony za grzbietem, ten, za który dopłaciłem godzinę magazyniera z własnej kieszeni. Leżał w ładowni od powrotu, owinięty w folię, i patrzył na mnie za każdym razem, kiedy szedłem po rozpuszczalnik.
Robota była tam, gdzie zawsze: kolanko na obiegu drugim, za przegrodą, w miejscu, gdzie da się włożyć jedną rękę albo jedno oko, ale nie oba naraz. Kapanie stabilizowało się na dwóch palcach dziennie od Hoonu, ale przy każdym podniesieniu reaktora rura się wydłuża, ciągnie kołnierz w bok i uszczelka pracuje nierówno. Kołnierz kompensacyjny bierze to wydłużenie na siebie. To nie jest naprawa obiegu drugiego. Obieg drugi wymaga wymiany całego i wszyscy o tym wiemy, ja i on.
Zdjąłem osłonę. Cztery śruby, trzy wyszły, czwarta była zapieczona tak, jak pieką się tylko śruby, których nikt nie ruszał od czasów poprzedniego właściciela. Polałem rozpuszczalnikiem, poczekałem jedno stuknięcie, polałem drugi raz, poczekałem drugie. Za trzecim razem puściła z tym dźwiękiem, po którym wiadomo, że gwint jeszcze żyje.
Potem pudełko złączy. Kiedyś było w nim porządkowanie według rozmiarów, teraz jest w nim to, co jest. Wysypałem wszystko na blat, znalazłem dwa gwinty pasujące do króćca i jeden z nich był krzywy. Drugim się zajmowałem przez resztę przejścia — oczyszczenie, smar łożyskowy cienko, bo grubo to na pokaz, złożenie na sucho, sprawdzenie, rozkręcenie, złożenie na dobre.
Kołnierz siadł. Nie od razu prosto — musiałem podbić go z drugiej strony rączką młotka przez drewno, żeby nie zostawić śladu, bo ślad na kołnierzu to potem historia, którą się tłumaczy następnemu właścicielowi.
Podniosłem reaktor na chwilę, żeby rura zrobiła to, co ma robić. Zrobiła. Kołnierz wziął ruch na siebie, kolanko zostało tam, gdzie było. Siedziałem pod przegrodą z latarką i patrzyłem w miejsce, gdzie kapie, przez całe jedno przejście bąbla.
Kapało. Ale rzadziej.
Pasażerka zapukała w przegrodę, żeby powiedzieć, że coś ugotowała. Robi to z tego, co jest, a jest głównie to, co się nie psuje. Wyszło jej coś gęstego, ciemnego i bardzo słonego.
— W kuchni na frachtowcu też było za słono? — zapytałem.
— Na frachtowcu miałam czterdziestu ludzi i dwie przyprawy. Sól i to drugie, którego nikt nie lubił.
Zjadłem dwie miski. Ogniwo w ładowni działa, ale przestawiła je: miało grzać przy przegrodzie, a grzeje skrzynkę, w której trzyma to, co ugotowane, żeby nie stygło. Podłączone jest tam, gdzie kazałem, przy przegrodzie, tylko kabel przeciągnęła przez całą ładownię i przymocowała do ożebrowania kawałkami taśmy, których nie liczyłem. Nie powiedziałem nic, bo gniazdo jest to właściwe, a resztą się nie umawialiśmy.
— Długo tu jeszcze? — zapytała.
— Do drugiego przejścia po otwarciu zaworu.
— To ile?
I tu jest kłopot. Bo na Oskrze nie ma jak odpowiedzieć „dwa dni”. Mogłem powiedzieć: dwa przejścia bąbla, a bąbel chodzi równo, więc to jest twarda odpowiedź, tyle że twarda w jednostkach, których ona nie ma po co znać.
— Dwa razy tyle, ile trwa czekanie na jeden raz — powiedziałem.
Popatrzyła na mnie i wróciła do ładowni.
Potem przyszła poczta. Z Varnu, odpowiedź na moje pytanie, czy obniżka o jedną jednostkę jest jednorazowa. Odpisali, że obniżka nie jest obniżką, ponieważ wynika z przeliczenia, a przeliczenie nie jest czynnością obniżającą, tylko czynnością ustalającą, w związku z czym nie może być ani jednorazowe, ani cykliczne, gdyż ustalenie stanu nie posiada częstotliwości. Na dole było zdanie, że dziennik prowadzony jest prawidłowo i że prosi się o dalsze prowadzenie.
Nie wiem, kto to czyta. Kiedyś sprawdzę.
Po jedzeniu policzyłem, co mam. Robię to zawsze po dużej robocie, nie żeby coś z tego wynikało, tylko żeby wiedzieć, w którym miejscu ładowni jest puste.
Rura ciśnieniowa — leży wzdłuż burty, przestawiona pod ścianę, żeby było gdzie spać. Czterdzieści dwie, jak ktoś zapyta. Nikt nie pyta. Ogniwo grzewcze — jedno, w ładowni, grzeje kolację. Pochłaniacz — zapasowy, opłacony z własnej kieszeni, nadal nierozliczony. Uszczelki kołnierzowe — komplet i pół. Po dzisiejszym: komplet i ćwierć. Złącza gwintowane — pudełko, w tym jedno krzywe, które i tak zostawiłem, bo na krzywym gwincie kiedyś człowiek coś uratuje. Rozpuszczalnik — zużyty do jednej trzeciej butelki, głównie na tę czwartą śrubę. Smar łożyskowy — tuba i tuba prawie pełna. Kołnierz kompensacyjny — założony. Skreślam z listy, wpisuję w Hannę.
Wieczorem — mój wieczór, siódme przejście — siadłem przy odbiorniku. Sygnał przyszedł. Trzy grupy, rodzaj jednostki, liczba osób, prośba o hol. Ten sam format, ta sama długość, to samo zawahanie na drugiej grupie, które pewnie jest usterką nadajnika, a nie zawahaniem.
Zanotowałem odstęp. Potem drugi. Krótsze niż wczoraj, ale między sobą równe co do stuknięcia, więc to nie przyspiesza po trochu, tylko przeskoczyło raz i idzie dalej po nowemu. Ćwierć obrotu zaworu to ćwierć obrotu, nie więcej i nie mniej, i tak to wygląda, kiedy się komuś dolewa po ćwierci.
Habitat przysłał sumę dnia i swoje zdanie o mocy zapisów. Odpisałem mu, że przyjmuję do wiadomości. Lubię to pisać, odkąd wiem, ile potrafi kosztować potwierdzenie odbioru.
Poszedłem jeszcze raz pod przegrodę z latarką, przed spaniem, bo nie umiem inaczej po założeniu czegoś nowego.
Kapało na jeden palec.