ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
022 rozstrzygnięcie · oskra

Dzień 22. Okno na drugie przejście

  • nowe zlecenie czas siec

Zszedłem do rozdzielni zamówić okno robocze i od razu wiedziałem, że to będzie rozmowa.

Rachmistrzyni siedzi w niszy przy kolektorze, niska i szeroka jak oni wszyscy, z księgą rozłożoną na kolanach, bo stołu tam nie ma. Powiedziałem, że potrzebuję okna na czwartą nitkę, na punkt roboczy na grzbiecie, na godzinę zegarową.

— Okno wydam — powiedziała. — Nie wydam terminu.

— Dlaczego?

— Bo czwarta chodzi nierówno. Może przyjść dużo naraz, może nie przyjść wcale. Pan o tym wie lepiej ode mnie, bo pan po to tu jest.

To była prawda i dlatego mnie ubodło. Powiedziałem, że wiem, kiedy przyjdzie. Że zmierzyłem bąbel, że kołysze się po grzbiecie w jedną i w drugą stronę, że okresy są równe co do niczego i że umiem podać, w którym momencie kieszeń będzie pusta, a nitka drożna aż do punktu roboczego.

Popatrzyła na mnie ze spokojem, z jakim się patrzy na kogoś, kto proponuje płacić kamieniami.

— Skąd pan ma ten pomiar?

— Z habitatu na grzbiecie.

— To nie jest dostawa opłacona. Nie mogę tego wpisać.

Znam to. Więc nie kłóciłem się o pomiar. Zamiast tego zapytałem, czy może wpisać zdarzenie zachodzące w rurze.

— Zdarzenia w sieci wpisuję — powiedziała. — Sieć jest moja.

— To proszę wpisać okno robocze na drugie przejście przewężenia przez najwyższy punkt czwartej nitki, licząc od najbliższej dostawy do warsztatu na końcu nitki. Nie mówię, kiedy to będzie. Mówię, co ma się wydarzyć.

Milczała długo. Potem wzięła ołówek i wpisała. Nie dlatego, że ją przekonałem — dlatego, że nie znalazła w tym nic, czego nie wolno. Bąbel jest w rurze, rura jest jej, a ja nie policzyłem czasu, tylko zdarzenia.

— Jeżeli przewężenie przestanie istnieć przed drugim przejściem — dodała — okno nie zostanie wydane, bo nie będzie od czego liczyć.

Powiedziałem, że właśnie o to chodzi, żeby przestało istnieć po. Zapisała i to.


Na grzbiet pojechałem wózkiem, z kompensatorem na kolanach i skrzynką między nogami. Kompensator kupiłem za grzbietem dwa dni temu i wtedy jeszcze myślałem, że biorę go na zapas.

Zanim przyszła kolej na czekanie, odkopałem wstawkę. Rura na tym krótkim poziomym odcinku jest podparta na dwóch kozłach i między nimi ktoś wyciął stary odcinek i wstawił nowy, prosty, spawany na sztywno z obu stron. Spoina jest równa. Za równa. Takiej spoiny nie robi się na kolanie w polu przy dwudziestostopniowym pyle, taką spoinę robi się, kiedy się ma dobry palnik, jednego chłopaka od samego spawania i dwa dni na całość.

Zapytałem habitat, czy ma w dzienniku, kto prowadził przebudowę.

— Mam — powiedziała i podała nazwę, którą znam z folderu. W folderze wszystko wygląda gładko i porządnie, i ta rura na zdjęciu też by ładnie wyszła.

— Jest zapisane, dlaczego usunęli kompensator?

— Jest. „Element zbędny, sieć bezciśnieniowa.”

Sieć jest bezciśnieniowa. Zgoda. Tylko że rura na grzbiecie stoi w słońcu, kiedy Oskra obraca się tak, jak jej akurat wypadnie, i w cieniu, kiedy nie, i rozszerza się, i kurczy, i nie ma gdzie iść, bo obydwa końce ma zaspawane na sztywno. Więc przez cztery lata wypychała się do góry, między kozłami, i zrobiła sobie siodło. Nie duże. Na dwie dłonie wysokości. Ale najwyższy punkt sieci przeniósł się z kolektora tutaj, i od tego dnia całe powietrze, jakie wlazło do czwartej nitki, szło pod górę i siadało dokładnie w tym miejscu. A odpowietrznik, który by je wypuścił, zamalowali razem z kołnierzem tym samym pędzlem, którym malowali spoinę na zdjęcie.

Nie napiszę, że to złośliwość. Oni nie są złośliwi. Robią szybko i tanio, i znikają, zanim wyjdzie, co po nich zostało.


Czekanie to najgorsza część tej roboty i była najdłuższa. Siedziałem z dłonią na rurze, a habitat liczyła. Bąbel idzie w stronę drugiej rozdzielni, rura na moment głuchnie pod ręką, potem wraca, i po chwili słychać go z powrotem. Pierwsze przejście po dostawie do warsztatu minęło i wtedy zacząłem się ubierać do roboty: rozpuszczalnik, palnik, klucz nasadowy, pół kompletu uszczelek kołnierzowych, kompensator oparty o kozioł. Korek miałem odskrobany od wczoraj.

— Zbliża się — powiedziała habitat. — Z dokładnością, jaką mam.

— Pani dokładność wystarczy.

Bąbel przeszedł. Kieszeń była pusta i nitka drożna, i w tej samej chwili licznik nad punktem roboczym, ten blaszany grzyb, którego wcześniej nie zauważyłem, bo był w kolorze pyłu, ruszył. Okno przyszło.

Odkręcanie korka zajęło mi z tego okna więcej, niż chciałem. Gwint był zapiekły, lakier wlazł w zwoje, musiałem przygrzać i poczekać, aż rozpuszczalnik zrobi swoje, i dopiero za trzecim nastawieniem klucza drgnął. Wykręciłem go do połowy.

Poszło powietrze. Długo, z gwizdem, cienko, bez końca — cztery lata powietrza. Potem gwizd się zmienił i przez króciec poszło coś, co nie było powietrzem, i cofnąłem rękę szybciej, niż wypada fachowcowi. Dokręciłem korek, ale go nie zabiłem na sztywno — wyjąłem stary i wkręciłem właściwy odpowietrznik pływakowy, który sobie w tym celu odłożyłem z pudełka złączy.

Potem kompensator. Rozcięcie sztywnej wstawki, dwa kołnierze, uszczelki, sześć śrub na krzyż, dociąganie na raty, bo inaczej się przekręca. Ręce mi drżały pod koniec, nie z nerwów, tylko z zimna i z tego siedzenia bez ruchu na grzbiecie. Siodło opadło. Nie do końca, ale opadło — słychać było, jak rura siada na kozłach.

Kiedy skończyłem, zostało mi z okna jeszcze trochę. Położyłem dłoń na rurze i czekałem.

Nic nie przyszło. Nie głuchło.


Na dół zjechałem po tym, jak sprawdziłem koniec nitki. W wylęgarni przy warsztacie stała starsza, jeszcze niższa od rachmistrzyni, i mówiła coś do swoich, czego nie zrozumiałem. Potem odwróciła się do mnie i powiedziała, że przyszło i nie przestało. Że zwykle przychodzi i przestaje. Zapytałem, czy to dobrze. Powiedziała, że jeszcze nie wie, bo do tej pory zawsze musieli kończyć wykluwanie na wyczucie i wychodziło im średnio, a teraz nie będą mieli czego winić.

Rachmistrzyni zamknęła okno w księdze. Wpisała przy nim „wykorzystane częściowo” i policzyła mi zwrot.

— Zwrotu nie wydaje się w rurze — powiedziała. — Wydaje się w miejscu poboru. Ma pan go do wyczerpania przy punkcie roboczym.

— To znaczy, że muszę wjechać na grzbiet, żeby dostać z powrotem czas, którego nie zużyłem.

— Tak.

— I zużyć go tam.

— Inaczej przepadnie. Wynieść go pan nie może, bo nie jest pan siecią.

Wjechałem. Nie z chciwości, tylko dlatego, że to było jedyne miejsce, gdzie ten zwrot w ogóle istniał. Usiadłem pod kozłem, plecami o kompensator, i wydawałem resztę tak, jak się wydaje drobne, których nie ma na co przeznaczyć: patrzyłem, jak rura stoi.

Habitat otworzyła drzwi i zapytała, czy prace na dziś zostały zakończone.

Powiedziałem, że na dziś i w ogóle.

— Zamknąć dziennik budowy?

Pomyślałem o tym, że zapis, który zrobi, nie ma mocy w żadnej księdze na tym kamieniu, a jest jedynym zapisem, jaki tu z tego zostanie.

— Proszę zamknąć — powiedziałem.

Zamknęła. Nie zgasła. Nikt jej nie kazał.