ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
021 podróż · oskra

Dzień 21. Habitat na grzbiecie

  • nowe zlecenie czas siec

Wózek się znalazł. Stał oparty o rurę dwieście kroków wyżej, niż go wczoraj nie było, i nikt go nie pilnował, bo tu nikt niczego nie pilnuje — rzeczy same wracają do rury, jak wszystko.

Pojechałem na grzbiet. Najwyższy punkt czwartej nitki jest tam, gdzie zbocze się przełamuje i rura na krótkim odcinku idzie poziomo, zanim zacznie schodzić w stronę drugiej rozdzielni. Tam mi siedzi bąbel i tam ma być króciec odpowietrznika. Jest. Znalazłem go po dwóch godzinach skrobania, bo ktoś, kto prowadził przebudowę, zamalował go razem z resztą kołnierza, a potem pył zrobił swoje. Korek jest, gwint pewnie też, tylko nie wolno mi go ruszyć, dopóki nie przyjdzie okno robocze. A okno robocze idzie tą samą nitką, w której siedzi bąbel.

Przy przełamaniu stoi habitat. Blaszany, na czterech nogach, z napisem, którego nie umiem przeczytać, i ze światłem w środku. Zapukałem, bo jestem dobrze wychowany, i ono mi otworzyło.

— Czy prace zostały wznowione? — zapytało.

Powiedziałem, że jestem od czwartej nitki. To najwyraźniej znaczyło tak, bo zapaliło mi się więcej lamp, niż potrzebowałem.

To jest sztuczna inteligencja placu budowy. Postawili ją na czas przebudowy, żeby prowadziła dziennik robót, pilnowała materiału i budziła ekipę. Ekipa zeszła i nie wróciła. Nikt jej nie wyłączył, bo wyłączenie też jest czynnością, a czynności zapisuje się w dzienniku, którego nie było komu zamknąć.

Zapytałem, ile czasu minęło od zamalowania kołnierza.

— Ponad cztery lata — powiedziała. — Licząc od mojego uruchomienia.

Usiadłem. Na tym kamieniu nikt nie wie, która jest, bo wiedzą tylko ci, którym akurat coś przyszło rurą. A tu stoi blaszana skrzynka, która liczy bez przerwy od czterech lat, i liczy dokładnie.

— A pan ma podłączenie? — zapytałem.

— Nie jestem odbiorcą. Odbiorcami są osoby oddychające i warsztaty. Ja jestem wyposażeniem placu.

— Czyli czas ma pan za darmo.

— Nie mam czasu — poprawiła mnie uprzejmie. — Mam odmierzanie. To nie jest przedmiot obrotu.

Sprawdziłem to potem u rachmistrzyni na dole, bo nie wierzyłem. Wszystko się zgadza. Zapisy habitatu nie mają mocy w księdze, ponieważ nie pochodzą z opłaconej dostawy. Można je przeczytać. Można się z nimi zgodzić. Nie można ich wpisać. Rachmistrzyni powiedziała to bez cienia rozbawienia, jak się mówi, że woda jest mokra.

Wróciłem na górę i poprosiłem ją o przysługę. Położyłem dłoń na rurze i czekałem na bąbel — czuć go, rura na moment głuchnie — i mówiłem „teraz” za każdym razem, kiedy przechodził. Ona zapisywała. Zrobiliśmy tak jedenaście przejść, w jedną i w drugą stronę.

Okresy są równe, przez cały czas, kiedy tam siedziałem. Jedyna rzecz na Oskrze, która chodzi jak zegarek, to powietrze, którego tam nie powinno być. Przepisałem jej liczby do własnego dziennika, litera po literze, choć nikt mi za to nie zapłaci.

Zjeżdżałem już po ciemku, wózkiem, z ręką na rurze, i żałowałem, że nie mam na czym tego odnotować poza własnym dziennikiem, którego też nikt nie uzna.

Zanim wyszedłem, zapytała, czy wpisać dzisiejsze czynności do dziennika budowy.

Powiedziałem, że tak. Zapytała o datę.

— Nie wiem — powiedziałem.

— To ja zapiszę, jak u mnie wychodzi — odpowiedziała i zamknęła drzwi.