Dzień 20. Po kołnierz za grzbiet
- nowe zlecenie czas siec
Rano — u nich to znaczy: kiedy wstałem — poszedłem do rachmistrzyni zapytać, czy już przyszło. Nie przyszło.
Okazuje się, że okno robocze też idzie rurą. Rozdzielnia wtłacza w nitkę porcję dla warsztatów i dopóki nie dojdzie do zaworu przy hali, nikt nie ma prawa niczego odkręcać, bo nie wiadomo, kiedy zaczął. A skoro naprawiam akurat tę nitkę, w której siedzi pęcherz, to moje okno robocze chodzi tak samo krzywo jak wszystko inne: raz przyjdzie, raz je bąbel przetrzyma pod grzbietem. Człowiek czeka na czas, żeby naprawić czas.
Zamiast czekać, poszedłem po kołnierz.
Magazyn jest po drugiej stronie garbu, przy drugiej rozdzielni. Idzie się wzdłuż rury, bo rura jest jedyną rzeczą na tym kamieniu, która wie, dokąd zmierza. Jest przy niej lina i wózek, ale wózek zabrał ktoś przede mną, więc szedłem. Przy tej grawitacji krok trwa nieprzyzwoicie długo — odbijasz się, lecisz, masz czas pomyśleć o swoich sprawach i dopiero potem lądujesz. Ze skrzynką narzędziową w ręce to wygląda, jakbym się przez cały czas nad czymś zastanawiał.
W połowie zbocza są cztery domy z licznikami na zewnątrz. Przy jednym zawór był zakręcony i zaplombowany. Siedział pod nim gospodarz i reperował osłonę pyłową, na oko od dawna, bo miał zrobiony spory kawałek.
— Daleko jeszcze do magazynu? — zapytałem.
— Za grzbietem.
— A długo?
Podniósł te swoje oczy bez powiek i zrobił coś, co u nich chyba oznacza uprzejmość wobec cudzoziemca.
— Nie jestem podłączony.
Przeprosiłem. Powiedział, że nie ma za co, że i tak kiedyś dojdę.
W magazynie kołnierz był. Leżał na półce, w gwincie, który mi pasuje po przejściówce, i magazynier go nawet wyjął. Potem odłożył, bo nie mógł wydać.
— Wydanie odbywa się w czasie — wyjaśnił. — U nas nitka druga. W tej chwili nie mam.
— Kołnierz pan ma w ręku.
— Kołnierz mam. Czasu nie mam. Jak wydam bez czasu, to w księdze nie będzie wiadomo, po czym to było.
Kupiłem godzinę po taryfie warsztatowej, z własnej kieszeni, jak pochłaniacz na stacji. Wtłoczyli mu do licznika, licznik ruszył, magazynier wpisał wydanie, podał mi kołnierz i pokwitowanie z dwiema pozycjami: „kołnierz kompensacyjny, 1 szt.” oraz „czas potrzebny do wydania kołnierza, taryfa warsztatowa”. Druga pozycja była droższa.
Wracałem, kiedy zza grzbietu wyszło słońce — bez ostrzeżenia, jak to tutaj — i cały stok zrobił się biały na dłuższą chwilę. Szedłem z ręką na rurze, bo tak jest wygodniej na sypkim, i wtedy poszedł pode mną bąbel. Czuć go w dłoni: rura na moment robi się głucha, potem wraca. Poszedłem kawałek dalej, poczekałem, przeszedł znowu, w drugą stronę.
Mam własną nośną w powietrzu i nie kosztuje mnie ona nic poza dziesiątą jednostki na dobę, więc liczyłem po niej. Bąbel chodzi tam i z powrotem, wyczuwalnie. Nierówne jest to, co z niego wychodzi na dole, ale on sam jest najporządniejszą rzeczą w tej instalacji.
Na dole czekał ten monter, co mówi zdaniami na raty. Zapytał, co ustaliłem.
— Że on się kołysze. Tam i z powrotem.
— A ile to trwa?
— Tyle, ile trwa jedno przejście.
Skinął głową, wyjął ołówek i to sobie zapisał, a potem popatrzył na mnie, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale nie dodał.