ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
019 nowe zlecenie · oskra

Dzień 19. Pęcherz w czwartym odgałęzieniu

  • nowe zlecenie czas siec

Zlecenie przyszło z miejsca, o którym nie wiedziałem, że tam jest miejsce.

Boja podała je jako „wezwanie techniczne, odbiorca dowolny, dojazd w cenie”, co zwykle oznacza, że nikt inny nie odebrał. Nadawca: Dolna Rozdzielnia, księżyc Oskra, dwa skoki w bok od kursu na Varnu. Treść krótka, ale nie z oszczędności — z rozsądku:

„NIE WYŁĄCZAĆ NADAJNIKA. OD DWÓCH DÓB KORZYSTAMY Z PAŃSTWA NOŚNEJ JAKO ODNIESIENIA ZEWNĘTRZNEGO. PRZY OKAZJI: MAMY USTERKĘ.”

Przeczytałem to trzy razy. Nadajnik zapasowy, ten, który naprawiłem u zbieracza, nadaje sobie czystą nośną bez treści i tyle kosztuje, ile już ustaliłem wcześniej, i nie robi nic. Okazuje się, że przez dwie doby był najstabilniejszą rzeczą w tej okolicy.

— Ile to nas opóźni? — zapytała pasażerka.

— Tyle, ile trwa. Siostrze napiszesz, że utknęliśmy w hydraulice.

Podchodziłem ostrożnie, bo obieg drugi nie lubi hamowania, a przy zejściu trzeba dać ciśnienie.

Oskra jest mała, złapana i chodzi krzywo. Nie obraca się porządnie, tylko kiwa, więc słońce wychodzi zza grzbietu, kiedy mu się podoba — raz po kilku godzinach, raz po kilkudziesięciu, i nikt na miejscu nie potrafi powiedzieć, kiedy będzie następne, bo to zależy od tego, jak ten kamień akurat się przewali. Grawitacja słaba. Chodzi się tam długimi krokami i ląduje z opóźnieniem, co przy noszeniu skrzynki z narzędziami jest upokarzające.

Mieszkańcy są niscy, szerocy, mokrzy w dotyku — skóra jak u czegoś, co wyszło ze szczeliny i nie do końca zdecydowało, czy chce zostać na zewnątrz. Oczy bez powiek, przemywane co jakiś czas z bocznego kanalika. Nie mają zegara w środku. Nie „mają zły” — nie mają żadnego. Wiedzą, co było przed czym, ale nie wiedzą, ile to trwało, i nie ma w nich niczego, co by im to podpowiedziało.

Zrozumiałem to, zanim mi ktokolwiek wyjaśnił, bo monter, który przyszedł po mnie na płytę, zaczął zdanie:

— Rozdzielnia jest po tej stronie grzbietu, a nitka czwarta idzie…

I zamilkł. Stał. Poprawił rękawicę. Poszedł przodem. Skończył to zdanie dobre pół godziny później, przy śluzie, dokładnie od tego samego miejsca:

— …górą, bo dołem była skała.

Dla niego to było jedno zdanie.

Czas mają z sieci. Skoro księżyc nie daje żadnego rytmu, a w ciele też nic nie tyka, to postawili jeden wzorzec w rozdzielni i rozprowadzili go rurami po całej osadzie. Nie sygnałem — rurami, w zamkniętym obiegu, w cieczy nośnej, bo sygnał tu siada od tego samego, od czego siadają miejscowe zegary. Każde mieszkanie ma przyłącze i licznik. Kupuje się godziny, płaci się za zużycie, jest taryfa podstawowa i jest droższa dla warsztatów, bo warsztat bierze grubą nitką. Kto nie zapłaci, temu zakręcają i wtedy człowiek — to znaczy miejscowy — dalej żyje, tylko nie wie już, ile.

Zlecenie brzmiało: odpowietrzyć czwarte odgałęzienie.

Przyjęła mnie rachmistrzyni czwartego odgałęzienia, w pomieszczeniu pełnym liczników na jednej ścianie i reklamacji na drugiej. Reklamacje były wbite na kolec, jak w każdym porządnym urzędzie w tej części galaktyki.

— Odbiorcy zgłaszają braki — powiedziała. — Zapłacone osiem, odebrane sześć.

— A gdzie się podziały dwie?

— Nie wiadomo. Nie zostały odebrane. Licznik ich nie widział.

— To może ich nie było.

— Były. Zostały wtłoczone w rozdzielni. Mamy odczyt na wejściu.

Wyjęła zeszyt i pokazała mi kolumny. Na wejściu do czwartej nitki wtłoczone tyle, ile trzeba. Na wyjściu, u odbiorców, mniej. Różnica nie jest stała — raz jest, raz jej nie ma, czasem nadrabia z nawiązką, aż komuś licznik wykręci więcej, niż zamówił, i przychodzi reklamować, że dostał za dużo i nie zapłaci.

— Kiedy się zaczęło?

Spojrzała na mnie uprzejmie i nic nie odpowiedziała, bo pytanie było źle zadane. Poprawiłem się:

— Po czym się zaczęło?

— Po przebudowie nitki nad grzbietem.

No.

Poszliśmy oglądać. Nitka czwarta wychodzi z rozdzielni, idzie płasko przez halę, potem wspina się na grzbiet skalny — bo dołem była skała, jak powiedział monter w dwóch ratach — i schodzi po drugiej stronie do mieszkań. Rura gruba jak moje udo, kuta, spawana na łuki, przykryta osłoną od pyłu. Ładna robota. Na szczycie garbu jest najwyższy punkt całego odgałęzienia, i w tym najwyższym punkcie jest króciec pod odpowietrznik.

Króciec jest zaślepiony korkiem. Korek jest zamalowany tą samą farbą, co osłona.

Stałem nad tym i myślałem o człowieku, który to zamalował. Nie ze złości go zamalował. Z porządku. Żeby ładnie wyglądało.

Przyłożyłem sondę do rury poniżej garbu i posłuchałem. Idzie równo, ciągnie. Przeszedłem na szczyt i przyłożyłem tam. Pusto. Nie cicho — pusto, tym szerokim, głupim dźwiękiem, jaki daje rura, w której stoi bąbel. Puknąłem kluczem. Dźwięk podskoczył o pół tonu w górę i wrócił.

— Macie tu pęcherz — powiedziałem. — Wielkości mniej więcej takiej, że raz na jakiś czas przechodzi przez łuk i przez chwilę wasi odbiorcy nie dostają nic. Potem się cofa i puszcza wszystko naraz, dlatego komuś czasem wykręca za dużo.

Rachmistrzyni patrzyła na rurę bez powiek, co zawsze wygląda na większą uwagę, niż jest.

— Pęcherz czego.

— Powietrza. Zwykłego. Weszło przy przebudowie i nie miało którędy wyjść, bo tu jest zaślepione. To jest hydraulika. Medium macie inne, ale zasady są te same od zawsze: pęcherz idzie w górę i siada w najwyższym punkcie.

— To znaczy, że w rurze stoi czas, który do nikogo nie dochodzi.

— To znaczy, że w rurze stoi bąbel, a czas go omija.

Nie zgodziła się i wpisała do protokołu swoją wersję, bo protokół jest jej. Trudno.

Zszedłem po skrzynkę. Robota jest prosta i dlatego nieprzyjemna: wyciąć korek, wspawać albo wkręcić odpowietrznik automatyczny, dać mu czas, żeby zebrał, i potem przelecieć całą nitkę, bo jeżeli przy przebudowie napowietrzyli raz, to napowietrzyli też w dwóch czy trzech innych miejscach, tyle że tamte pęcherze poszły dalej w górę i siedzą razem z tym na szczycie. Odpowietrznika w rozmiarze nie mam. Miejscowi mają w magazynie trzy, ale wszystkie w gwincie, którego u siebie nie widziałem od lat, więc albo przejściówka, albo ich kołnierz — w pudełku wymieszanych złączy coś się znajdzie, zawsze się znajduje, tylko zawsze o rozmiar obok.

Pasażerka poszła ze mną na grzbiet, zobaczyć. Stała w tym ich niedoświetleniu, patrzyła na rurę i powiedziała, że słyszy.

— Nic nie słychać.

— Nie uchem. Stoję tu i mam wrażenie, że coś mi się przesuwa pod nogami.

Postawiłem sondę, podałem jej słuchawki. Posłuchała, zdjęła i oddała.

— Bulgocze.

— Bulgocze.

Przy zejściu zatrzymał nas urzędnik od przyłączy i chciał ją zapisać. Powiedziała, że nie ma papieru. On odpowiedział, że papier go nie interesuje, interesuje go licznik. Licznika też nie ma. Wpisał ją więc do rejestru jako odbiorcę niepodłączonego i wyjaśnił uprzejmie, że wobec tego jej pobyt na Oskrze trwa zero, niezależnie od tego, jak długo tu będzie, i nie podlega opłacie. Podziękowała mu ładniej, niż na to zasłużył.

Rachmistrzyni odprowadziła mnie do płyty i zapytała jeszcze o jedno: czy nadajnik na pewno będzie nadawał przez cały czas roboty, bo jeżeli zakręcą nitkę czwartą, to na czas roboty odbiorcy zostaną bez odniesienia i będą się musieli trzymać czegoś z zewnątrz.

Powiedziałem, że będzie nadawał. Nie wspomniałem, że nadaje nic i że płacę za to dziesiątą jednostki na dobę.

Zapytałem, kiedy mogę zacząć.

Zerknęła na licznik nad drzwiami, potem na mnie, i powiedziała, że jeszcze nie teraz. Że teraz jeszcze nie przyszło.