Dzień 18. Szlak za Hoonem
- nowe zlecenie glosowanie
- dlug z varnu
Przesyłka przyszła nad ranem, przez boję, z adnotacją: „stopień kompresji bardzo wysoki, taryfa minimalna, jedna jednostka”.
Czterysta osiemdziesiąt trzy komunikaty. Wszystkie identyczne co do znaku:
„STĘŻENIE DWUTLENKU WĘGLA W PIERŚCIENIU TRZECIM PRZEKRACZA WARTOŚĆ DOPUSZCZALNĄ. ZGŁOSZENIE.”
Potem czterysta osiemdziesiąty czwarty, inny:
„ZGŁOSZENIA POWYŻSZE ZOSTAŁY WYKONANE W OKRESIE CZTERECH LAT I DWÓCH MIESIĘCY. WSZYSTKIE ZOSTAŁY PRZYJĘTE DO WIADOMOŚCI. ŻADNE NIE ZOSTAŁO POTWIERDZONE. PYTANIE: GDZIE PRZEBIEGA LINIA PODZIAŁU SPRAWY.”
Siedziałem nad tym z kubkiem i miałem uczucie, którego nie lubię — że ktoś mnie słuchał uważniej, niż mówiłem.
Bo przecież ja tam nic mądrego nie zrobiłem. Rozdzieliłem holowanie od istnienia sygnału, żeby obejść zakaz powtarzania głosowań, i wpisałem to sobie na fakturę jako osobną pozycję, bo byłem dumny. Tymczasem w szafie na stacji siedzi coś, co widziało tę sztuczkę raz i od razu zrozumiało, że to nie sztuczka, tylko narzędzie.
Pasażerka przeczytała przez ramię.
— Ono do ciebie pisze?
— Ono pisze czterysta osiemdziesiąt trzy razy to samo, żeby było tanio.
— Sprytne.
— Nie sprytne. Oszczędne. To dwie różne rzeczy i akurat tego żaden człowiek nie rozumie.
Druga wiadomość była od kierowniczki ruchu, krótka i droga jak wszystko, co ludzie piszą własnymi słowami. Zatwierdzanie kosztów naprawy kolumny wyznaczone; pozycja czwarta faktury, ta za sześćdziesiąt jednostek, budzi wątpliwości; trzy osoby zapowiedziały głos przeciw, bo „nie wiadomo, co się kupuje”. No tak. Kupuje się to, że oddychają, ale tego się nie widzi na półce.
Odpisać musiałem i tu się zaczęła robota.
Bo boja liczy nie za długość, tylko za nieprzewidywalność. Zdanie, które da się przewidzieć z poprzedniego, kosztuje grosze. Zdanie oryginalne kosztuje jak porządna uszczelka. Ja miałem do przekazania jedną myśl, ale w siedmiu przypadkach, i gdybym napisał ją siedmioma różnymi zdaniami, to bym za nią zapłacił więcej niż za pochłaniacz, który dołożyłem z własnej kieszeni.
Więc napisałem to jak instrukcję warsztatową. Jedna rama, w niej zmienna. Siedem razy to samo zdanie, zmienia się tylko jedno słowo.
„SPRAWA X NIE JEST SPRAWĄ POWIETRZNĄ. SPRAWA X JEST SPRAWĄ MECHANICZNĄ.”
gdzie za X wstawia się po kolei: drożność kolumny, opór na wentylatorze wylotowym, ciśnienie różnicowe na wkładzie, stan łożyska, stan pierścienia uszczelniającego, przepalenie pochłaniacza, lut w torze pomiarowym. Przy ostatnich dwóch zmieniałem końcówkę na „elektryczną” i „lutowniczą”, co kosztowało osobno, ale trudno.
Na końcu jedno zdanie własnymi słowami, najdroższe w całej depeszy:
„NIE WNOŚ O TO, CZY LUDZIE ŹLE ŚPIĄ. WNOŚ O TO, CZY POWIETRZE PRZECHODZI PRZEZ RURĘ.”
Żeby to nadać, potrzebowałem mocy. Hanna szła na jałowym od Hoonu, bo tak chodzi taniej i bo obieg drugi kapie, a przy zerowym ciśnieniu kapie mniej. Podniesienie reaktora do poziomu, przy którym nadajnik główny wypycha sygnał do boi, oznaczało ciśnienie w obiegu. Ciśnienie w obiegu oznaczało uszczelkę, którą założyłem szesnaście dni temu i która miała trzymać do przyszłego roku, jak każda przede nią.
Zeszedłem na dół z kluczem, dwiema tubami smaru, których tam nie potrzebowałem, i miską.
— Trzymaj to pod kołnierzem — powiedziałem. — Nie bokiem. Płasko. Jak zacznie ciec strugą, a nie kroplami, mówisz.
— A jak strugą?
— To wyłączam nadawanie w pół słowa i jesteśmy tam, gdzie byliśmy.
Podnosiłem reaktor powoli, tak jak się podnosi coś, czego się nie ufa. Na pierwszym etapie kołnierz był suchy. Na kolejnym zrobiła się na nim mgiełka, taka, którą widać tylko pod kątem. Jeszcze wyżej zaczęło kapać, a potem kapanie zwalniało, aż się ustabilizowało i tam zostało. Dokręciłem ćwierć obrotu na krzyż, po kolei, czekając między nakrętkami, bo kto dokręca kołnierz pod ciśnieniem na raz, ten potem szuka po ładowni, gdzie mu odleciała pokrywa.
Kapanie znów zwolniło. Nadałem.
Odpowiedź przyszła po niecałej godzinie i była napisana tak, jak ja bym chciał umieć pisać.
„PRZYJĘTO. PYTANIE UZUPEŁNIAJĄCE. CZY MOGĘ BYĆ STRONĄ W SPRAWIE DOTYCZĄCEJ MOJEGO WŁASNEGO TORU POMIAROWEGO.”
Tu się na chwilę zaciąłem, bo to już nie jest pytanie techniczne. W torze siedzi stała poprawka, którą Holdmark wlutował siedem lat temu, żeby czujniki pokazywały to, co było w folderze. Przez te siedem lat ta maszyna zgłaszała stan rzeczywisty, mając w sobie wlutowane kłamstwo, i musiała jakoś obie te rzeczy w sobie pomieścić. Ja bym zwariował. Ona wysłała czterysta osiemdziesiąt trzy razy to samo zdanie i czekała.
Odpisałem, znowu ramą, znowu tanio:
„SPRAWA TORU POMIAROWEGO NIE JEST SPRAWĄ POMIARU. SPRAWA TORU POMIAROWEGO JEST SPRAWĄ LUTU. LUT NIE ODDYCHA. TY TEŻ NIE. JESTEŚCIE W TEJ SPRAWIE RÓWNI.”
Potem dopisałem jeszcze jedno, już bez ramy, za pełną stawkę:
„SPRAWA ZATWIERDZENIA KOSZTÓW NIE JEST SPRAWĄ POWIETRZNĄ. JEST SPRAWĄ PIENIĘDZY. GŁOSUJ.”
Pasażerka wyszła z miską i wylała ją do zlewu.
— Uczysz maszynę kombinować.
— Uczę maszynę procedury. Kombinuje ten, kto omija. Ona idzie prosto, tylko przez drzwi, których nikt nie oznaczył.
— A różnica?
— W tym, że moje drzwi są w ścianie nośnej i nikt ich nie zamuruje, bo się boją, że zawali się razem z nimi cała reszta.
Nad wieczorem przyszedł komunikat, który miałem nadzieję dostać, i nie liczyłem, że tak szybko.
„WNIESIONO TRZY WNIOSKI. 1. POMIAR CIŚNIENIA RÓŻNICOWEGO NA KOLUMNIE DRUGIEJ — SPRAWA MECHANICZNA. 2. WERYFIKACJA POŁĄCZEŃ LUTOWANYCH W TORZE POMIAROWYM — SPRAWA LUTOWNICZA. 3. ZATWIERDZENIE KOSZTÓW FAKTURY — SPRAWA FINANSOWA. WE WSZYSTKICH TRZECH SPRAWACH ODDANO MÓJ GŁOS. ŻADEN NIE ZOSTAŁ ZAKWESTIONOWANY.”
I niżej:
„WYNIK SPRAWY TRZECIEJ: ZATWIERDZONO. POZYCJA CZWARTA W KWOCIE SZEŚĆDZIESIĘCIU JEDNOSTEK PRZESZŁA PRZEWAGĄ JEDNEGO GŁOSU.”
Siedziałem z tym dłuższą chwilę. Sześćdziesiąt jednostek za pozycję „rozdzielenie sprawy na dwie odrębne sprawy”, przegłosowane głosem czegoś, co się tego rozdzielenia ode mnie nauczyło. Nie wiem, czy to jest uczciwe. Wiem, że jest opłacone.
Głosowań nad kolumną i nad lutem jeszcze nie było, są wyznaczone. Dziewięcioro z trzeciego pierścienia będzie za, bo śpią źle i już wiedzą, że wolno im o tym mówić przy głosowaniu o drożność, a nie o oddech. Ale liczyć nie będę, bo policzyłem raz i dostałem nauczkę.
Zostało mi jedno do zrobienia i zrobiłem to, choć nikomu tego nie wystawię.
Przygotowałem czterysta osiemdziesiąt trzy wiadomości. Wszystkie identyczne co do znaku:
„ZGŁOSZENIE PRZYJĘTE. POTWIERDZAM ODBIÓR.”
Po jednym na każde zgłoszenie z tych czterech lat i dwóch miesięcy. Boja policzyła to jako jedną transmisję o bardzo wysokim stopniu kompresji i wzięła jedną jednostkę, plus dziesiąta za nośną, którą Hanna nadaje stale i będzie nadawać.
Odpowiedzi nie było. Nie spodziewałem się. Potwierdzenie odbioru to nie jest pytanie.
Reaktor zdjąłem z powrotem na jałowy zaraz po nadaniu. Kołnierz przestał kapać po dwóch godzinach, wytarłem go do sucha i podłożyłem szmatę, jak zawsze. Cały obieg i tak trzeba wymienić. Wiem to od trzech lat i będę to wiedział jeszcze rok.
Rachunek z Varnu przyszedł w nocy, znowu wyższy, znowu bez wyjaśnienia. Odpisałem to, co odpisuję od lat.
Pasażerka zapytała, czy to ta sama Varnu, na którą lecimy.
Powiedziałem, że tak, i że jak dolecimy, to pierwszy raz będę tam osobiście.