Dzień 16. Szlak za Hoonem
- nieznane zbieracz
- dlug z varnu
Wróciłem po nadajnik, który nie działa od trzech lat.
Nie dlatego, że jest coś wart. Jest wart tyle, co podstawa, do której go przykręcono, czyli mniej niż smar, którym się ją smaruje. Wróciłem, bo tędy latam i będę latał, a coś, co zdejmuje osprzęt z kadłuba tak czysto, że nie zostaje śruba, jest informacją, której brak mi się kiedyś odbije. Fachowiec nie musi lubić maszyny. Musi wiedzieć, na czym ona stoi.
Pasażerka uznała, że to głupie. Powiedziała to uprzejmie, przez kubek.
— Lecimy z powrotem po złom.
— Lecimy z powrotem po zasadę.
— A jak zasada brzmi: zjadamy wszystko, co przyjdzie drugi raz?
— To będziemy wiedzieć.
Namierzyłem je po dziurach. To akurat proste: znam te rupiecie na szlaku od lat, wiem, gdzie co wisi, i wystarczyło lecieć wzdłuż miejsc, w których czegoś już nie było. Pustki układały się w linię. Na końcu linii stało to samo co przedtem: matowe, bez spoin, bez dysz, dłuższe od hali przeładunkowej, i pracowało nad rozprutym kadłubem jakiegoś starego, bezimiennego nieszczęścia. Ramiona wychodziły z boku bez otwierania klapy. Po prostu bok przestawał być bokiem w tym miejscu, a potem znowu nim był.
Stałem i patrzyłem dwie zmiany, jedząc na stojąco. Wzięło poszycie, wzięło wręgę, wzięło zbiornik. Nie wzięło pola szczątków rozsypanych obok, choć leżały bliżej.
Zrobiłem próbę, bo nic mądrzejszego nie miałem.
Wyrzuciłem przez śluzę pudełko pomieszanych złączy gwintowanych. I tak są nie do niczego, bo pomieszane. Poszło dwie minuty w dryfie, potem ramię przyszło z boku, złożyło się w coś w rodzaju łyżki i pudełka nie było.
Potem wziąłem drugie takie pudełko — zostało mi jedno po Hoonie — przykleiłem do wieka generator probierczy i włączyłem go na częstotliwość serwisową. Piszczy raz na sekundę, ledwo słyszalnie, do sprawdzania torów. Wyrzuciłem.
Ramię przyszło. Zatrzymało się nad pudełkiem. Stało dłużej, niż stało nad czymkolwiek innym. Potem podeszło, ujęło je i odłożyło. Dokładnie tam, gdzie je zastało. Tą samą stroną do góry.
Pasażerka stała za mną.
— Odłożyło.
— Odłożyło.
— Bo pisało?
— Bo mówiło.
Siedziałem nad tym pół nocy z herbatą i wyszło mi coś, czego nie umiem udowodnić, ale czym jestem gotów obstawiać kadłub. Ta maszyna nie zbiera rzeczy. Ona zbiera rzeczy, które umilkły. Wrak milczy. Paleta milczy. Boja, której skończyło się ogniwo, milczy od pierwszego dnia, kiedy przestała nadawać, i dla tej maszyny przestała wtedy istnieć jako sprzęt, a zaczęła istnieć jako materiał. Hanna nadawała cztery godziny w kółko jedno zdanie, więc Hanna była sprzętem. Nadajnik zapasowy wisiał na zewnętrznym pokładzie i milczał od trzech lat, czyli był materiałem przyklejonym do sprzętu. Maszyna zrobiła to, co ja bym zrobił na przeglądzie: oddzieliła jedno od drugiego i zabrała swoje.
Reklamacji nie ma do kogo złożyć. Znaku rejestrowego nie ma.
Więc poszedłem po swoje.
Pasażerce powiedziałem, jak się wpisuje kurs na Varnu i który przycisk trzyma się wciśnięty, żeby autopilot uznał, że ktoś jednak siedzi w fotelu. Powiedziałem, że jeśli nie wrócę do końca doby, ma lecieć i nie zawracać.
— A ładunek sypki obsługuje statek? — zapytała.
— Ładunek sypki nie. Człowiek tak.
Wyszedłem w skafandrze, wygasiłem radio, wygasiłem latarkę pozycyjną, wygasiłem wszystko, co we mnie mówiło, i dryfowałem z kawałkiem poszycia w rękach jak zupełny idiota. Trwało to długo. Bałem się tak, jak się boję rzadko, to znaczy spokojnie i z pełną świadomością, że mam osiemset kroków do niczego.
Ramię przyszło od dołu. Nie szarpnęło. Objęło mnie razem z poszyciem, jakbyśmy byli jedną sztuką, i bok maszyny przestał w tym miejscu być bokiem.
W środku było ciepło i sucho, i nie było żadnej maszynerii. Żadnych siłowników, żadnych prowadnic, żadnego światła. Rzędy. Wszystko leżało w rzędach, oddzielone niczym — nic tego nie trzymało, a nie dryfowało. Im głębiej, tym rzeczy były starsze: zewnętrzne miały jeszcze farbę, środkowe miały ślad po farbie, a te najgłębiej były wytarte na gładko jak kamienie z rzeki. Nie ułożone według wielkości ani materiału. Według tego, jak długo milczały. Tak to wyglądało i tak sobie zapisałem, choć nie mam na to nic poza oczami.
Mój nadajnik leżał w trzecim rzędzie od brzegu, z podstawą, z uszczelką, z czterema śrubami ułożonymi obok. Ułożonymi obok, słowo daję.
Usiadłem przy nim z lampą w zębach i zrobiłem to, czego nie zrobiłem przez trzy lata. Otworzyłem obudowę. Zimny lut na nóżce dławika. Jeden. Widać go było gołym okiem, gdy się podświetliło z boku. Trzy lata mówiłem, że szkoda schodzić na zewnętrzny pokład dla trupa, a robota była na dwadzieścia minut i większość z tych dwudziestu poszła na zdjęcie pokrywy.
Wlutowałem na nowo, wyprowadziłem zasilanie z pakietu skafandra na złączu z tego pudełka, które mi zostało, i puściłem czystą nośną. Bez treści. Sam ton.
Potem włączyłem radio skafandra i zacząłem mówić. Cokolwiek. Nazwę własną, numer stanowiska w doku, listę rzeczy, które mam w ładowni. Mówiłem, bo bałem się przestać.
Bok znowu przestał być bokiem. Wyniosło nas oboje — mnie i nadajnik osobno, każde swoim ramieniem, bo teraz byliśmy dwoma sprzętami. I oddało tam, gdzie zastało.
Mnie odstawiło w dryf, dwieście kroków od Hanny, tą samą stroną do góry.
Nadajnik przykręciło z powrotem na zewnętrznym pokładzie, do starej podstawy, czterema śrubami, dociągając je równo. Patrzyłem na to przez szybę hełmu i nie mogę powiedzieć, żeby mi się to podobało, ale robotę miał zrobioną lepiej niż poprzedni właściciel.
Potem poszło dalej wzdłuż szlaku, skokami, zbierając.
Wróciłem na pokład. Pasażerka trzymała przycisk wciśnięty przez cały ten czas i miała już odcisk.
— I co?
— Naprawiony.
— Nadajnik?
— Nadajnik.
Nadaje. Samą nośną, bez treści, i nie mam zamiaru tego wyłączać do końca życia Hanny. Dopóki mówi, jesteśmy sprzętem.
Rachunek z boi przyszedł rano. Za przesył ciągły — minimum taryfowe, jedna dziesiąta jednostki na dobę, z adnotacją: „treść zerowa, kompresja pełna, taryfa najniższa”. Jesteśmy teraz najtańszą rzeczą, jaka mówi na tym szlaku.
Wpisałem do wydatków. Pod spodem, w rubryce po prawej, gdzie normalnie nic nie wpisuję: nadajnik zapasowy, wartość zero, stan — działa.
Obok leżał rachunek z Varnu. Odpisałem, że zapłacę w przyszłym tygodniu.