ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
015 podróż · szlak za hoonem

Dzień 15. Szlak za Hoonem

  • nowe zlecenie glosowanie
  • dlug z varnu

Wyszedłem ze stacji dzień po głosowaniu. Głosowania o powietrzu nie było, bo nie zgłaszałem powietrza. Zgłosiłem — przez kucharza, bo kucharz jest załogą, a ja nie — wydanie z magazynu jednej części filtrującej i dopisanie jej do zużycia kwartalnego. Sprawy magazynowe przechodzą bez dyskusji. Przeszło czterdzieści cztery do zera przy trzech nieobecnych. Potem założyłem pochłaniacz, bo skoro część została wydana, to musi gdzieś być założona, a jej miejsce jest jedno.

Kierowniczka ruchu podpisała odbiór i zapytała, czy powietrze w trzecim pierścieniu jest teraz lepsze.

Powiedziałem, że nie wiem, bo to nie było głosowane.

Fakturę wystawiłem na cztery pozycje. Wentylator wylotowy, pochłaniacz z mojej kieszeni, robocizna i ta pozycja, którą trzymałem od kilku dni z pustym miejscem na cenę. Wpisałem: „rozdzielenie sprawy na dwie odrębne sprawy — sześćdziesiąt”. Zapytała, czy to w ogóle usługa. Powiedziałem, że hol wyszedł w nocy, a frachtowiec stoi w hali. Zapłaciła bez poprawek. Zapisała tylko, że pozycja jest nowa i że będzie wymagała głosowania przy zatwierdzaniu kosztów, ale to już nie moje zmartwienie.

Pasażerkę wziąłem. Jedzie na Varnu, ja i tak lecę w tamtą stronę, a w ładowni mam miejsce po rurze. Na liście stacji nigdy się nie pojawiła, więc odleciała tak, jak przyleciała: jako nic.

Drugiego dnia lotu coś przyszło z boku szlaku.

Nie nadawało. Zobaczyłem to najpierw jako brak gwiazd, potem jako kształt: dłuższy od hali przeładunkowej, matowy, bez spoin, bez dysz, bez świateł pozycyjnych. Poruszało się skokami — stało, przesuwało się, stało. Nic w moich tablicach nie miało takiego profilu. Nie miało też żadnego znaku rejestrowego, a wszystko, co lata i płaci ubezpieczenie, ma znak rejestrowy wielkości wrót.

Rozłożyło ramiona i zaczęło zbierać. Wzięło paletę bez opakowania, kawałek pierścienia, którego nie rozpoznałem, i coś, co kiedyś było starą boją. Wszystko to dryfowało tam, gdzie dryfuje od lat, i wszystko to milczało.

Sprawdziłem, co u mnie milczy. Nadajnik główny chodził. Zapasowy, ten z poprzedniego właściciela, nie chodzi od trzech lat i wisi na zewnętrznym pokładzie, bo szkoda go zdjąć.

Pasażerka weszła na mostek z kubkiem.

— Co to jest?

— Nie wiem.

— To co robimy?

— Nadajemy.

— Może lepiej zgasić wszystko i przeczekać.

— Może.

Postawiła kubek.

— Głosujmy.

Powiedziałem, że nas dwoje, więc będzie remis. Zapytała, co robi się z remisem. Powiedziałem, że na tej stacji remis znaczy, że zostaje tak, jak jest. Zapytała, jak jest. Powiedziałem, że nadajemy.

Nadawałem cztery godziny w pętli jedno zdanie. Zdanie brzmiało: „Jednostka Hanna, kurs Varnu, jednostka Hanna, kurs Varnu”. Drugi raz w ciągu dwóch tygodni powiedziałem otwartej przestrzeni, gdzie jestem i dokąd lecę, ale tym razem przynajmniej za grosze.

Przeszło obok. Blisko. Jedno ramię musnęło kadłub od strony zewnętrznego pokładu, bez szarpnięcia, bez dźwięku w kadłubie — dopiero z kamery zobaczyłem, że zapasowego nadajnika już nie ma. Zdjęło go czysto, razem z podstawą, i nie zostawiło nawet śruby.

Potem stało jeszcze chwilę w moim polu i ruszyło dalej wzdłuż szlaku, zbierając.

Pasażerka zapytała, czy to było niebezpieczne.

Powiedziałem, że zależy, czy się mówi.

Rachunek z boi przyszedł wieczorem. Jedna jednostka za całość, z adnotacją, że treść nadawała się do kompresji bezstratnej w stopniu wysokim. Wpisałem do wydatków. Obok trzech jednostek z Varnu, których nikt mi nie wyjaśnił.

Wyszło?