Dzień 131. Grzebień do żeber
- reaktor hodna
Wiatr od grani przez cały dzień. Terke zapisała u siebie pół dniówki, zanim jeszcze zdążyłem zapytać, czy jest sens pytać.
Skoro i tak czekam, zszedłem do kawerny wziąć wymiar. Żeber na powierzchni nie obejrzę, dopóki wieje, a bez rozstawu nie zrobię niczego, czym dałoby się między nie wejść. Szczotek w porcie nie ma żadnych. Pytałem w trzech miejscach, w jednym zaproponowali miotłę.
W kawernie, pod ścianą za dmuchawami, stoi maszyna. Duża, wrośnięta w skałę, bez tabliczki, bez jednego gwintu, który znałbym z czegokolwiek. Kanały wchodzą w nią pod dziwnymi kątami i nigdzie nie widać, którędy miało przez nią iść to, co przez nią szło. W boku ma dwa otwory na klucz, którego nie ma i chyba nigdy nie będzie — przekrój w kształcie czegoś pośredniego między kwadratem a łezką.
— To stoi od zawsze — powiedziała Terke. — Przy budowie zdjęli z niej część żeber i wstawili w wymiennik na zboczu. Reszty nie ruszali.
Pokazała mi, skąd zdjęli. Widać wyraźnie: pas, na którym żeber nie ma, i pas, na którym są, i są to te same żebra, co na górze. Zmierzyłem rozstaw drutem, potem jeszcze raz sznurkiem, bo drut się przesuwał. Wąsko. Węziej, niż pamiętałem z opisu Holdmarku, co zresztą tłumaczy, dlaczego oni woleli wymienić osłonę.
Wróciłem na Hannę i do wieczora robiłem grzebień. Ze spawalniczego drutu, prostego, cienkiego — nagiąłem zęby w jednakowym rozstawie na listwie z kątownika i przylutowałem po kolei. Gięcie wychodzi mi teraz wolniej, bo lewą dłonią nie przytrzymam, więc wszystko idzie przez imadło i każdy ząb jest osobnym zakładaniem i zdejmowaniem. Pierwsze cztery wyszły nierówno i je wyciąłem. Dalej już szło.
Gotowy zaniosłem na dół i sprawdziłem na obcej maszynie, na tym kawałku, gdzie żebra zostały. Wszedł. Idzie opornie, ale idzie na całą głębokość i wychodzi z garścią starego, zbitego pyłu, który tam siedzi od czasu, kiedy ktoś tu jeszcze kuł skałę. Pył jest szary i tłusty w dotyku.
Zrobiłem drugi grzebień, zapasowy, bo pierwszemu po trzech przejściach dwa zęby zaczęły się rozchodzić. Trzeci zrobię rano, jeżeli dalej będzie wiało.