Dzień 126. Drugie wejście
Na stacji nie było wkładów filtrujących, a woda z Ohry dalej zostawia osad w czajniku, więc skoczyłem na Hodnę. Skała z portem wkopanym w zbocze, zimno takie, że rękawice sztywnieją, i pył, który wchodzi wszędzie, bo wyciągi tu nie wyrabiają.
W kontroli kobieta w kurtce z kapturem obejrzała moją skrzynkę narzędziową i zapytała, czy coś z tego było naprawiane.
— Wszystko.
Odłożyła formularz i wskazała bok hali. Rzeczy naprawiane idą drugim wejściem. Nie wyjaśniła dlaczego, a ja nie pytałem, bo po drugiej stronie okienka stał już ktoś następny.
Drugie wejście to korytarz z jedną ławką i taśmą, która nie chodzi. Nikogo tam nie było. Siedziałem z pudłem na kolanach i patrzyłem, jak chłopak po drugiej stronie szyby przeciera z pyłu ten sam fragment blatu, w kółko, choć pył schodzi i zaraz wraca.
Po jakimś czasie przyszedł, zajrzał do skrzynki, podniósł mój pilnik, obejrzał trzonek obwiązany drutem i odłożył. Postawił pieczątkę i otworzył drzwi.
Wkłady kupiłem dwa, bo tylko dwa mieli.