Dzień 117. Dzwonek przy boksie
- dlug z varnu
Dyspozytorka ma obtarte kostki prawej dłoni. Patrzyłem na to wczoraj i dziś, aż w końcu zapytałem, czemu puka ręką, skoro nad boksem wisi dzwonek.
— Bo dzwonek nie dzwoni.
— Od kiedy?
— Od mojej poprzedniczki.
Otworzyłem puszkę. W środku zegar sprężynowy z krzywką, która ma raz na kwadrans podnieść młoteczek. Krzywka chodziła, młoteczek stał, bo oś młoteczka siedziała w gnieździe zasmolonym na czarno. Wyjąłem, przeczyściłem, nasmarowałem — smaru mam jeszcze tubę. Złożyłem. Po kwadransie zadzwoniło, krótko i podle, jak stary budzik.
Dyspozytorka nic nie powiedziała, tylko napisała coś na kartce i przykleiła pod blatem. Przeczytałem do góry nogami: „Gripe — jeden kwadrans, poza kolejką”.
— Teraz? — zapytałem.
— Nie teraz. Teraz pan nie ma czym zapłacić za sektor, to by się panu zmarnowało.
Miała rację, więc poszedłem.
Wieczorem chłopak z listą numerów siedział w boksie i dzwonek zadzwonił mu nad głową. Dyspozytorka i tak podeszła i zapukała. Pomyślałem, że może nie chodzi o dzwonek, tylko o to, żeby ktoś usłyszał, że ona przyszła.