Dzień 114. Skąd się brała woda
Zawróciłem po pół dnia lotu, bo mi się przypomniało, że krzywka, którą im zrobiłem, działa w jedną stronę. Tamci po drugiej stronie grani nie mają żadnej, więc odpowiadają tak, jak odpowiadali przez cztery lata: ręką, w rękawicy, na mrozie.
Przelot nad granią trwał krótko. Dałoby się przejść pieszo, ale dookoła jest daleko, a tu wystarczy podnieść się nad skałę i opaść. Pył wstaje spod płóz i potem wisi, bo nie ma go co ściągnąć na dół.
Buda po tej stronie jest taka sama jak tamta, tylko ma dobudowany przedsionek z blachy i napis, którego nie umiem przeczytać. Otworzyła mi kobieta w kurtce ze starej uprzęży i od razu cofnęła się, żeby mnie wpuścić, nie pytając kim jestem. Drugi siedział przy stole i nie wstał. Mają tu nawyk, że gość to ktoś, kto przyleciał na nośną, więc nie ma sensu zaczynać od nazwisk.
— Boli nas głowa — powiedziała. — Zawsze po dużym grzaniu.
Zdjąłem hełm. Powietrze było ciężkie, takie, w którym się ziewa bez powodu.
Skruber stoi za ścianką, wkład granulowany, regenerowany cieplnie co kilka godzin. Para z odpędzania idzie rurką na zewnątrz i ta rurka była zarośnięta szronem na całej długości, do której dosięgnąłem. Nie korkiem — pierścieniem, jak nalot w czajniku, tylko z lodu. Część pary wracała do budy, zamiast wyjść. Wkład regenerował się za słabo, pracował coraz bliżej nasycenia, i stąd głowa po południu.
Przepaliłem rurkę grzałką od palnika, kawałek po kawałku, a potem obłożyłem ją na zewnątrz kawałkiem maty izolacyjnej z Hanny i owinąłem taśmą, którą trzeba będzie co jakiś czas wymieniać, bo na tym mrozie taśma się rozsypuje. Powiedziałem im to. Kobieta pokiwała głową i zapisała na deszczułce przy drzwiach, gdzie mają spis rzeczy do pilnowania. Spis jest długi.
Przy okazji zauważyłem, że ich nadajnik gaśnie. Nie w ciszy — przy starcie grzałki. Grzałka rusza twardo, napięcie siada, nadajnik się resetuje i wraca po chwili. Potem jeszcze dwa razy, bo zasilacz próbuje i puszcza. Trzy przerwy, potem jedna dłuższa.
Stanąłem nad tym dłużej, niż to było warte.
— Nadajecie trzy razy i jeszcze raz?
— My nic nie nadajemy — powiedział ten przy stole. — My tylko słuchamy. Nadawanie mamy od nich.
— A woda?
Spojrzeli na siebie.
— Woda stoi za kamieniem przy wejściu — powiedziała kobieta. — Zawsze stoi.
Poszedłem zobaczyć. Stoi. Kanister, oszroniony, przyniesiony dookoła grani przez kogoś, kto idzie z tym kilka godzin w jedną stronę. Przy nim ślady, zasypywane pyłem, ale widać, że chodzi się tą samą linią od lat.
Wróciłem i wytłumaczyłem im, co robi ich grzałka i co z tego słychać po drugiej stronie. Ten przy stole słuchał z twarzą człowieka, któremu się mówi, że zepsuł coś, czego nigdy nie dotykał. Kobieta usiadła.
— My myśleliśmy, że oni to z uprzejmości.
— A oni myśleli, że prosicie.
— Jak często prosimy?
— Ile razy grzejecie.
Opornik rozruchowy dorobiłem z tego, co miałem, to znaczy z drutu nawiniętego na ceramiczny kawałek wyłamany ze starej oprawy. Teraz grzałka nabiera prądu powoli, napięcie nie siada i nadajnik nie gaśnie. Sprawdziłem przy dwóch cyklach. Nośna szła równo, bez dziur.
Kobieta stała przy nadajniku i patrzyła na lampkę, która przestała mrugać.
— To znaczy, że oni teraz nic nie usłyszą.
— Usłyszą ciszę. To znaczy, że jesteście.
— Ale wody nie przyniosą.
Mężczyzna wstał w końcu od stołu. Mają tam jedną miskę, w której się myje wszystko, i on ją podniósł i odstawił bez powodu, tylko żeby coś potrzymać.
— Da się to zrobić naumyślnie? — zapytał.
Da się. Przy grzałce siedzi teraz przełącznik, który na żądanie zwiera opornik i puszcza prąd twardo, jak przedtem. Trzy przerwy i jedna dłuższa, z ręki, kiedy chcą. Pokazałem im dwa razy. Kobieta zapisała to na deszczułce pod taśmą, osobnym wierszem, i dopisała porę — po dużym grzaniu, zanim się jedzie.
Przed odlotem nadałem jeszcze na tamtą stronę, krótko, że byłem i że drugiej krzywki nie zrobię, bo nie mam z czego, ale że teraz mogą się umówić. Odpowiedziało mi dwa razy przykryte: przyjdźcie.
Na pyle przy wejściu widać było świeże ślady, prowadzące tą samą linią co zawsze.