Dzień 113. Dzień dobry na paśmie ratunkowym
Wyszedłem ze stacji przeładunkowej z pełnym zbiornikiem i zamiarem przespania całej drogi. Nie przespałem, bo w połowie objazdu radio zaczęło chrypieć nośną w paśmie ratunkowym, równo, bez treści.
Sprawdziłem w rejestrze. Pod tą pozycją nie ma nic: Teln, bryła z pyłem, bez portu, bez zgłoszonego lądowania od lat. Czyli sygnał z miejsca, gdzie nie ma statku. Zszedłem.
Lądowanie łatwe, bo ciąży tam tyle, co nic — płozy ledwo ugniotły pył, a pył wisi potem w powietrzu długo, bo nie ma go co ściągnąć. Zimno przechodzi przez podeszwy po kilkunastu krokach.
Na grani stały dwie budy i wiertło. Przy wiertle troje ludzi, żywych, zdrowych, zajętych. Spojrzeli na mnie bez entuzjazmu.
— Kto wzywał pomocy — zapytałem.
— Nikt.
— Nadajecie nośną na paśmie ratunkowym.
— Nadajemy — zgodziła się najstarsza, nie przerywając kręcenia. — Od czterech lat.
Okazało się, że za grania jest druga taka sama buda z drugim wiertłem, a między nimi skała, przez którą nic nie przechodzi. Łączność przez boję kosztuje, a pasmo ratunkowe jest wolne od opłat, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie liczy ludziom za krzyk. Więc nie płacą. Nadają nośną, a kiedy chcą coś powiedzieć, jeden z nich wychodzi i przykrywa antenę kawałkiem blachy. Raz to „jesteśmy”, dwa razy „przyjdźcie”, trzy razy „woda”.
— To jest wezwanie pomocy — powiedziałem. — Każdy, kto to złapie, ma obowiązek przyjść.
— Wiemy. Przychodzicie.
— Często?
— Trzeci, odkąd tu stoimy. — Pokazała mi drugą pryczę w budzie. — Trzymamy miejsce.
Blachę przykrywa się ręcznie, w rękawicy, na mrozie, i to jest podobno najgorsza robota na Telnie, gorsza od wiertła. Zrobiłem im z zapadki od starej wciągarki i jednego sprężynowego zaczepu krzywkę, która podnosi blachę i opuszcza ją w równym rytmie, a rytm ustawia się przesuwaniem kołka w trzy otwory. Trzy otwory, trzy słowa. Zeszło mi pół dnia, większość na dorabianiu kołka, bo nie mam już czym wiercić porządnie.
Zapłacili z puszki, w której trzymają to, co zostawili po sobie poprzedni ratownicy. Przegrzebałem. Wziąłem śrubę — M-coś, gwint drobny, łeb walcowy — i siedziała w podstawie nadajnika tak, jakby tam była od początku. Siódma. Dokręciłem na zewnętrznym pokładzie jeszcze przed startem, w pyle, który natychmiast się podniósł i nie chciał opaść.
W drodze zostawiłem radio włączone. Co pół minuty szło dwa razy przykryte: przyjdźcie. Potem raz: jesteśmy. Potem znowu dwa razy.