Dzień 112. Osad z sześciu lat
- dlug z varnu
Werd, która trzyma tu maszynownię, szukała od rana dwóch par rąk do wymiennika na obiegu pomocniczym. Do samego reaktora nikt obcego nie wpuszcza i słusznie, ale wymiennik stoi za ścianą, w korytarzu tak wąskim, że klucz trzeba zakładać w dwóch ruchach.
Przyszedłem ja i ten chudy z workiem narzędzi, co stał przede mną w kolejce do łącza. Werd obejrzała nas obu i powiedziała, że bierze dwóch, bo płyt jest dużo.
Rozkręcanie szło do południa. Wymiennik płytowy, ściągany na czterech szpilkach, a szpilki od dawna nie ruszane, więc najpierw grzanie, potem kopniak przez drewno, potem znowu grzanie. Lewą rękę trzymałem na pakiecie, żeby się nie rozjechał, a kręciłem prawą.
Płyty wyszły ciemne. Osad siedział w falach blachy warstwą grubą jak paznokieć, twardy, schodzący łuskami pod skrobakiem. Szkrobaliśmy wszyscy troje w korytarzu, na rozłożonym worku, bo nie było gdzie indziej.
— Ile to rosło — zapytałem.
— Sześć lat — powiedziała Werd. — Od ostatniego otwarcia.
Chudy podniósł płytę pod lampę i obracał ją, patrząc z boku.
— Sześć lat to mało na tyle.
— Tak jest zapisane.
Nic więcej nie powiedziała, a chudy już nie wracał do tematu i skrobał dalej. Ja skrobałem i liczyłem sobie w głowie, ile razy w życiu wpisywałem w cudzą książkę datę, która była datą wypełnienia rubryki, a nie datą roboty. Wyszło dużo.
Składaliśmy po ciemku, bo światła w tym korytarzu jest tyle, co w szafie. Uszczelek nowych oczywiście nie ma, więc stare poszły odwrócone drugim bokiem, z zaznaczeniem w książce, że należy wymienić. Zaznaczenie zrobiła Werd własną ręką. Data w rubryce, nazwisko, godzina.
Dniówka trzy jednostki, wypłacone od razu, bo Werd płaci od razu albo nie płaci wcale, i to drugie się tu podobno zdarzało. Chudy swoje wziął i poszedł z workiem na swoje miejsce w kolejce, przesunięte o kolejne dwa.
Wieczorem myłem ręce w misce, bo pod prysznic na tej stacji trzeba się zapisać. Woda zrobiła się szara, a na dnie została cienka warstwa tego, co zeszło z płyt, i siedziała tam równo, jak nasypana. Wylałem i nalałem jeszcze raz. Za drugim razem też coś zostało.
Miskę wytarłem do sucha i odstawiłem pod ścianę. Ręce jeszcze długo pachniały metalem, nawet po wyschnięciu.