Dzień 108. Próbka do wyceny
- dlug z varnu
Wyjąłem rano kość spod blatu, bo przyszło mi do głowy, że od dwóch dni trzymam coś, czego nawet nie obejrzałem.
Sto dziewięć pozycji. Każda w bloku stałej długości, i to był pierwszy znak, że to nie jest lista, tylko formularz powielony sto dziewięć razy. W bloku: nazwisko, numer kabiny, data wpisania, przydział powietrza, przydział wody, sektor oświetlenia, trzy pola, których nie rozpoznaję, i na końcu jeszcze tyle wypełniacza, że mógłbym tam schować drugi spis. Przydział powietrza we wszystkich stu dziewięciu taki sam. Przydział wody taki sam. Sektor oświetlenia w czterech wariantach. Trzy nierozpoznane pola — puste.
Czyli w całej tej niby-nieściśliwej masie zmienia się nazwisko, numer i data, a reszta to ta sama rzecz powtórzona. Boja na tym szlaku liczy po tym, jak bardzo treść da się zgnieść. Taką treść da się zgnieść prawie do zera. Ktoś mi za spis podał cenę jak za kamień, a to jest dmuchana poduszka.
Do łącza nie dało się podejść, bo stacja miała od świtu wezwanie pomocy i blokadę pasma. Dyspozytorka siedzi w boksie nad kolejką i ma głos człowieka, który nie zamierza niczego przyspieszać.
— Wezwanie z kwadratu, w którym nic nie stoi — powiedziała. — Żadnej trasy, żadnego zgłoszenia, żadnego ruchu od dwóch lat.
— To może echo.
— Echo też obsługujemy. Dopóki nie ustalę, że nikt tam nie umiera, pasmo jest zajęte.
Czekałem trzy godziny. Przez ten czas rozpisałem sobie na kartce, czego od Varnu chcę, bo wiedziałem, że z tym głosem trzeba rozmawiać krótkimi rzeczami.
Kiedy wreszcie wpuścili mnie do boksu, odezwała się tak samo jak poprzednio, z tą samą przerwą po każdym zdaniu.
— Układ obsługi należności, habitat Varnu.
— Gripe. Mam propozycję w sprawie bufora.
— Bufor jest zajęty.
— Wiem. Chcę wziąć spis do siebie.
— Przesłanie spisu kosztuje — i podała tę samą kwotę co wtedy, przy której się roześmiałem.
— Skąd ją macie?
— Z tabeli opłat.
— A kiedy tabelę wpisano?
Przerwa była dłuższa. Powiedziała datę, która jest starsza niż moja lewa płoza.
Wytłumaczyłem jej, że boja nie liczy długości, tylko to, co po ściśnięciu zostaje, i że mam u siebie sto dziewięć jej pozycji, więc mogę je odesłać jako próbkę do wyceny. Zapytała, czy próbka jest pismem w sprawie. Powiedziałem, że nie, bo nie dotyczy należności, tylko cennika. Przyjęła to bez dyskusji, co mnie trochę rozczarowało, bo byłem przygotowany na więcej.
Nadałem próbkę. Boja zmierzyła i podała stawkę za cały spis — tyle, co za przesłanie zwykłej wiadomości, i jeszcze z groszowym zaokrągleniem w dół.
I wtedy zawyło.
Nie u mnie. Na całej stacji, bo dyspozytorka podniosła alarm drugiego stopnia. Wezwanie z pustego kwadratu wróciło, tym razem mocne, czysta nośna bez żadnej treści, i namiar wskazywał kierunek, w którym rzeczywiście nic nie ma — i jednocześnie rósł tak, jakby źródło siedziało w kadłubie stacji.
Zdążyłem pomyśleć dwie rzeczy po kolei. Pierwsza, że to brzmi dokładnie jak mój zapasowy nadajnik. Druga, że podając zasilanie na magistralę do zgrywania kości, podałem je na całą prawą stronę pokładu.
Poszedłem do dyspozytorki i powiedziałem, że chyba mam to u siebie na dachu.
— Jednostka w drugim rzędzie — powiedziała, patrząc na ekran. — Namiar mi pokazuje trzy i pół stopnia obok.
— Antena ma błąd. Moja śruba numer siedem wypadła dwadzieścia dni temu i nie zastąpiłem jej niczym mądrzejszym niż złączką z pudełka.
— Czyli pan nadawał wezwanie pomocy ze stanowiska cumowniczego.
— Nadawałem nośną. Treści tam nie ma od naprawy.
— Nośna bez treści w paśmie ratunkowym jest wezwaniem pomocy.
Z tym nie da się dyskutować, bo to akurat jest sensowne. Wyszedłem, wyrzuciłem bezpiecznik prawej strony i sygnał zgasł. Dyspozytorka zamknęła sprawę jako jednostka odnaleziona, stan: cumuje.
Spis przyszedł wieczorem i poszedł gładko, bo szedł tak, jak takie rzeczy idą, kiedy się je wreszcie nazwie tym, czym są. Potem usłyszałem po drugiej stronie coś, czego nie słyszałem nigdy: ciszę bez szumu obiegu, bo zdjęli mi tło na czas odczytu.
— Bufor wolny — powiedziała. — Czytam sprawę.
— Całą?
— Całą. Potrwa.
Kazała się odezwać, jak znowu będzie łącze. Kość ze spisem leży w szufladzie pod blatem, przy wiertłach, w najsuchszym miejscu, jakie mam.
Przed zamknięciem boksu dyspozytorka dała mi do podpisu protokół zdarzenia ratunkowego. Dwie rubryki: uratowany i ratujący. Podpisałem się w obu, bo na tej stacji nikt inny tego nie zrobi.