ebner.gripe
Ebner Gripe · usługi ogólne · jedn. Hanna
106 rozstrzygnięcie · stacja przeladunkowa

Dzień 106. Sto dziewięć nazwisk

  • dlug z varnu

Łącze przyszło na mnie przed południem, bo kolejka przesunęła się, gdy stacja awaryjnie zmieniła priorytety nadawania. Boks jest zimny, wentylator chodzi na jednym łożysku i słychać go bardziej niż rozmówcę.

Nie nadałem pisma. Pismo trzeba by wysłać na rejestr, a na rejestrze Vuls musiałby je wpisać jako rzecz, trzy jednostki za sztukę, i trzymać. Głos nie jest rzeczą. Głosu nikt nie trzyma. Więc zamówiłem połączenie.

Varnu odezwało się po długiej chwili i odezwało się głosem, co mnie zaskoczyło, bo przez tyle lat przychodziły stamtąd tylko kartki. Głos kobiecy, trochę przesterowany u góry, mówiący wolno, z równymi przerwami między zdaniami. Po trzech zdaniach wiedziałem, że to nie jest kobieta.

— Układ obsługi należności, habitat Varnu, słucham sprawy.

— Gripe. Mam u was dług.

— Ma pan. Jedną sprawę.

— Ile wynosi?

Przerwa. W przerwie było słychać tło — równy, niski szum, taki, jaki robi obieg, kiedy dmucha w pustą objętość i nic mu nie stoi na drodze.

— Mniej niż na ostatnim rachunku o jedną jednostkę — powiedziała. — Bo to połączenie liczę jako pismo.

— A ile było na ostatnim rachunku?

— Nie wiem.

Zapytałem, jak to nie wie. Wytłumaczyła spokojnie i bez skrępowania, jak się tłumaczy pogodę. Sprawa leży na starym nośniku, w warstwie, która przy odczycie się ściera. Przeczytać da się raz. Za drugim razem już nic tam nie ma.

Znam ten rodzaj — czyta się raz, od razu do bufora, albo wcale.

— To czytajcie do bufora.

— Bufor mam zajęty.

— Od kiedy?

— Od szesnastu lat.

Zapytałem, co w nim leży. Powiedziała, że spis mieszkańców habitatu, tysiąc dwieście czternaście pozycji, i że tego skasować nie może, bo spis jest podstawą wszystkich pozostałych funkcji.

— Jakich pozostałych funkcji?

— Przydział powietrza, przydział wody, oświetlenie sektorów mieszkalnych, obsługa należności.

— A ilu ich tam teraz mieszka?

Przerwa była dłuższa niż poprzednie, ale nie tak długa, żebym pomyślał, że to opóźnienie łącza.

— Spis liczy tysiąc dwieście czternaście pozycji — powiedziała.

Nie pociągnąłem tego dalej. Zapytałem, ile ma spraw.

— Jedną.

Siedziałem w tym boksie i liczyłem jej na kartce, co da się zrobić. Jeżeli zrzuci mi spis, bufor się zwolni, ona przeczyta sprawę i przepisze ją na miejsce, które jeszcze trzyma, a wtedy będzie wiedziała, za co ja jestem jej winien, i ja też będę wiedział, i po tylu latach to byłaby chyba jedyna rzecz w tej sprawie warta pieniędzy. Ale boja na tym szlaku liczy opłatę po tym, jak bardzo treść da się ścisnąć. Tysiąc dwieście czternaście różnych nazwisk nie ściska się w nic. To jest najdroższa rzecz, jaką można przez tę bojkę przepchnąć.

Zapytałem o stawkę. Policzyli mi za cały spis kwotę, przy której roześmiałem się na głos i operator w sąsiednim boksie zastukał w przegrodę.

Powiedziałem Varnu, że mam cztery jednostki.

— To sto dziewięć pozycji — powiedziała. — Od początku czy od końca?

— A jak są ułożone?

— Według daty wpisania do habitatu.

— To od początku.

Szło to długo, bo nadawała wolno i z potwierdzeniem każdej pozycji. Ja ich nie czytałem. Leciały mi na kość, którą trzymam na wyciągi diagnostyczne, i migał przy tym wskaźnik zapisu, a ja patrzyłem na wskaźnik, bo nie miałem na co innego patrzeć. Kiedy przyszło sto dziewięć, boja ucięła w połowie nazwiska.

Potem był szum i Varnu powiedziała, że ma wolnego bufora na jeden sektor.

— To czytajcie.

Czytała. Trwało to krótko. Odczytała mi na głos to, co wyszło, a wychodziło po kawałku, bo pod spodem już nic nie zostawało:

„…poz. 4, postój przy pierś… materiał własny klienta, zuż… dopłata za wyjście poza grafik, nalicz…”

I koniec sektora.

— To wszystko?

— To wszystko z tego sektora. Następny mogę przeczytać, jak będzie bufor.

— Czyli jak przyślę kolejne cztery jednostki.

— Tak.

Zapytałem, czy ona w ogóle pamięta, kiedy ostatni raz ktoś się odezwał poza mną. Powiedziała, że pytanie nie dotyczy sprawy i że nie ma pola, w którym mogłaby je zapisać.

Rozłączyła pierwsza, uprzejmie, z numerem sprawy na pożegnanie. Przez moment po tym kanał jeszcze stał otwarty i szło z niego samo tło — ten równy szum obiegu, który dmucha i dmucha, i nic mu nie stoi na drodze.

Kość ze stu dziewięcioma nazwiskami schowałem do szuflady pod blatem, razem z wiertłami, bo tam mam najmniej wilgoci.

Wyszło?